Z odległości dwóch kilometrów słychać szum. Szum w tle. Przenika wszystko, podkłada się pod dźwięk odjeżdżającego autobusu, pod szczekanie psa, pod odgłos kroków na chrzęszczącym śniegu. Narasta.
Morze zawłaszczyło prawie trzy czwarte plaży. Fale przelewają się przez piaskowy wał i tworzą wewnątrz plaży rozległe "jeziora". Morskie bałwany na moje oko przekraczają trzy metry. Według prognozy dochodzą do pięciu metrów. Wiatr nie ma litości w swoim wianiu z północnego zachodu. To nie są porywy, to po prostu nieustanne parcie i zdmuchiwanie wszystkiego, co stanie na jego drodze. Woda, która dostaje się na wewnętrzną stronę piaskowych wałów jest gnana przez wiatr w stronę plażowych rozlewisk. Stojąc nad ich brzegiem czuję się, jakbym to ja sunął po wodzie z ogromną prędkością. A tymczasem to ja jestem w miejscu, a pędzi wszystko inne. Iluzja doskonała. Po plaży toczą się kawałki morskiej piany.
Na północnym wschodzie w miejscu odchodzącej chmury spod jakiegoś dostępnego tylko wyobraźni punktu pod horyzontem rozchodzą się promieniście smugi. Nie wiem co to jest, ale to jest piękne, monumentalne, mistyczne i intrygujące. Słońce jest dokładnie po przeciwnej stronie. Zachodzi bardzo długo, jakby przez chwilę chciało się poczuć jak na kole podbiegunowym. Uderzenia rozpędzonych ziarenek piasku w twarz bolą. Zapiera dech, momentami ma się wrażenie, że jest zimno w zęby. W stronę nadmorskiego lasu ciągnie z wydm chmura piasku. Bez przerwy.
Od czasu do czasu zza wału morskich fal wyłania się fragment jakiegoś wielkiego statku. Potem znowu znika, i tak na okrągło. Dochodzi szesnasta, robi się ciemno. Morze nie cichnie.
sobota, 7 grudnia 2013
piątek, 6 grudnia 2013
Fakt...
... o tym się mówi.
Czytam FAKT, który jakiś czas temu wpadł w moje ręce.
Strona tytułowa atakuje mnie sensacyjną wiadomością: „To
przez seks rozbili auto?” Chodzi o Piotra Adamczyka i Weronikę Rosatti. Czcionka
w przeliczeniu na Worda to dokładnie rozmiar 150. Oczywiście g*** mnie obchodzi,
dlaczego rozbili auto, tak naprawdę w ogóle o tym bym się nie dowiedział gdyby
nie Fakt. Ale Fakt wie, dlaczego. "Ujawniamy kulisy wypadku gorącej
aktorskiej pary." I aż patrzę, bo uwierzyć nie mogę, że Fakt ujawnia kulisy. I
faktycznie, dowiaduję się, że „wszyscy […] zastanawiają się, czy czasem
przyczyną wypadku nie był seks!” No to już za dużo faktów jak na mnie.
Dziś głowa pęknie ci z bólu - ten równie pokaźny tytuł
obrazuje grafika pękającej głowy zgniatanej w imadle. „To będzie ścisk jak w
imadle”. Ciśnienie wyniesie zaledwie 990 hPa, bo w ciągu dnia spadnie aż o 10
hPa. Nienazwany z nazwiska doktor radzi pić dużo kawy i ostrzega przed
rozdrażnieniem, atakami wściekłości, omdleniami, otępieniem i sennością. Pewnie
jakiś doktor nauk humanistycznych, bo przecież by nie ukrywał nazwiska. Nota bene, dzisiaj w Sztokholmie mają poniżej 960. Ale
teraz mam prawdziwy problem, bo nie wiem, co musi się dziać w kolejce na Kasprowy. W ciągu
kilkunastu minut ciśnienie spada o grubo ponad 100 hPa i wynosi poniżej 800 hPa.
Zamknięta kabina kolejki wysoko nad ziemią pełna ludzi dostających ataków
wściekłości… Na szczęście Fakt radzi: „Seks […] sprawi, że będziemy czuć się
lepiej i z podniesioną głową przejdziemy przez mordercze skoki ciśnienia”.
Polecamy.
A teraz serwowana w Fakcie codzienna porcja strachu, oraz innych niezbędnych
minerałów jakże potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania Twojego organizmu:
1) pijak
w szkolnym autobusie
2) złodziej
na weselu
3) przebierańcy
na przystanku
4) Łapówkarze
w mundurach
5) reforma
na kolei
6) Gowin
na premiera
7) Drzewo
zabiło drwala
8) Ściana
runęła na robotnika
9) Złodziej
wyciął las
10) Zakleił
żonie usta taśmą
11) Przyczepa
zabiła chłopca
12) Z siekierą
na windykatora
13) Chciał zabić
kobietę na spacerze
14) Pani Lucyna
złapała złodzieja w knajpie
15) Włamali się
i grozili śmiercią
16) Menele
opanowały Sopot
17) Legia chce
podbić Rzym
18) Ukradł
rynnę z kościoła
19) Chciał się
zabić, skończył w izbie wytrzeźwień
20) Trafił na
odwyk narkotykowy
21) Wreszcie obciął włosy…
To tylko niektóre z tytułów. Aż prosi się dopisać kolejne:
1) Menel
w izbie wytrzeźwień
2) Zabójca
na pogrzebie
3) Kolędnicy
w SKM
4) Złodzieje
w sutannach
5) Obniżka
podatków
6) Tusk
na papieża
7) Cukiernik
poślizgnął się na torcie
8) Samochód
potrącił pieszego
9) Zboczeniec
skosił łąkę
10) Zatkał
teściowej uszy woskiem
11) Dzik zabił
myśliwego
12) Z piłą na
komornika
13) Chciał się
zabić na spacerze
14) Pani Ania
udaremniła napad na bank
15) Podpalili
dom i grozili włamaniem
16) Menele
opanowały … [ tu wpisz miejscowość, w której mieszkasz]
17) Lechia chce
zatopić Arkę
18) Napił się
wody święconej
19) Trafił do
izby wytrzeźwień
20) Nareszcie
się uczesał…
Na szczęście fakt poleca: Choroby serca, poradnik. Na pewno
się przyda.
Ostatnia strona to prawdziwe dzieło sztuki kompozycyjnej. „Rodzina
potworów zabiła 30 osób”. Dowiadujemy się o tym, w jaki sposób sprawcy znęcali
się nad ofiarami (np. wyłupili komuś oczy) oraz że zabijanie było dla nich
sposobem na zarobienie pieniędzy. Szkoda, że nie opisali dokładniej rodzinnego
biznesplanu. Czy sprzedawali wyłupione oczy na przeszczep do niemieckich
klinik? Nie ważne, ważne żeby się bać. A że w Rosji, co nas to obchodzi.
Poniżej aż 5 gołych pań z niemieckiego kalendarza Alpengirls. „Oto piękności z
alpejskich wsi”. Nagie ciała doskonale komponują się z czerwonym napisem
powyżej (rozmiar 150) „zabiła 30 osób”. Taki swoisty thriller erotyczny
zakończony anonsem: Samobójstwo kłusownika. Alois Hubner z jakiejś austriackiej
wioski zabił 3 policjantów, zabarykadował w swoim domu i podpalił się.Czy ja dobrze widzę? Myśliwy z alpejskiej wsi?
Smacznego!
czwartek, 5 grudnia 2013
Szafran
Natknąłem się w sklepie na szafran.
0,25 grama szafranu za 13,99 złotych. 56 złotych za gram. 56000 złotych za kilogram. Za kilogram szafranu można kupić samochód. Czy to jest normalne? Szafran to przyprawa, nie kamień szlachetny.
1 gram złota za 200 złotych. Tylko niecałe 4 razy drożej niż za szafran.
Hodowla szafranu:
Wymagania. Krokusy są łatwe w uprawie i nie mają specjalnych wymagań. Najlepiej rosną na próchniczno-piaszczystej glebie w pełnym słońcu (Wikipedia)
Ktoś chce się za wszelką cenę dorobić...?
0,25 grama szafranu za 13,99 złotych. 56 złotych za gram. 56000 złotych za kilogram. Za kilogram szafranu można kupić samochód. Czy to jest normalne? Szafran to przyprawa, nie kamień szlachetny.
1 gram złota za 200 złotych. Tylko niecałe 4 razy drożej niż za szafran.
Hodowla szafranu:
Wymagania. Krokusy są łatwe w uprawie i nie mają specjalnych wymagań. Najlepiej rosną na próchniczno-piaszczystej glebie w pełnym słońcu (Wikipedia)
Ktoś chce się za wszelką cenę dorobić...?
środa, 4 grudnia 2013
Mikołajki
Zbliżają się Mikołajki, czas, gdy trzeba kupić komuś wylosowanemu, kogo się ledwie zna, za limitowany budżet coś, z czego się chociaż trochę ucieszy. I lepiej żeby to nie był kubek. Więc znalazłem prezent dość oryginalny, z lekka pragmatyczny, być może nieco wątpliwy, z pewnością niekontrowersyjny, ale niestety mały i tani się wydaje. Wydawał się większy na zdjęciu w internecie. Za 25 złotych, wyprodukowano w Chinach za nie więcej niż 5 złotych. Pozostaje nadzieja, że nie da się tego nigdzie taniej kupić. Nie licząc Chin. Za przesyłkę zapłaciłem 10 złotych a na torebkę na prezent wydałem 7 złotych. Do tego kupiłem za drugie tyle różne cukierki, bo w przeciwnym razie by to wyglądało komicznie. Trzeba czymś tę pustą przestrzeń w torebce zapchać. I mimo to ciągle zapadam się w psychiczny dołek, bo mi się wydaje, że mój prezent jest do bani. Wiem, to jest patologiczna myśl. Trzeba ją czymś zabić.
Jeśli ta osoba się ucieszy, to nawet warto budżet przekroczyć. Tylko po to. Jak dostanę w prezencie pięć kilo cukru to też się szczerze ucieszę. To by był oryginalny pomysł, odwagę się ceni. Do tego nie tracimy niepotrzebnie budżetu na przesyłkę, nie kupujemy bezsensownych ton plastiku, który robi się z ropy, o którą się ludzie zabijają. Jak nie dostanę tego, co bym chciał, a pewnie nie dostanę, bo tylko ja wiem, co bym chciał, to sobie to sam kupię. I nie będą to ziemniaki, mąka ani cukier. Nieważne, cokolwiek człowiek dostanie, byle się tylko ucieszyła ta osoba, którą obdarowuję.
Za rok pewnie znowu to samo.
Jeśli ta osoba się ucieszy, to nawet warto budżet przekroczyć. Tylko po to. Jak dostanę w prezencie pięć kilo cukru to też się szczerze ucieszę. To by był oryginalny pomysł, odwagę się ceni. Do tego nie tracimy niepotrzebnie budżetu na przesyłkę, nie kupujemy bezsensownych ton plastiku, który robi się z ropy, o którą się ludzie zabijają. Jak nie dostanę tego, co bym chciał, a pewnie nie dostanę, bo tylko ja wiem, co bym chciał, to sobie to sam kupię. I nie będą to ziemniaki, mąka ani cukier. Nieważne, cokolwiek człowiek dostanie, byle się tylko ucieszyła ta osoba, którą obdarowuję.
Za rok pewnie znowu to samo.
wtorek, 3 grudnia 2013
Wieża
Wyobraźnia się przydaje w wielu różnych miejscach i sytuacjach. Ale jest jedna sytuacja, w której wyobraźnia nie pomaga: las w nocy.
W ramach psychicznego przygotowania do mającego się odbyć wczesną wiosną nocnego biegu (czy też maratonu) na orientację zaczynam chadzać do lasu po zmroku.
Odsłona pierwsza. Celem jest znaleziona w weekend wieża. Jest tam zlokalizowany geokesz, tylko dzięki temu trafiłem w to miejsce. Godzina 18:00. Ubrany odpowiednio wychodzę z domu. Czuję się tak, jak w dzieciństwie, gdy szedłem na badanie krwi. Tylko teraz idę sam. Nikt mi nie zabroni w ostatniej chwili zawrócić. Ale ja chce doświadczyć lasu w nocy. Bo nigdy nie będę wiedział jak to jest być w nocy w lesie. Godzina 18:10, wchodzę do lasu. Tylko jasno sprecyzowany cel pozwala mi iść do przodu, a w sumie to bardziej do góry niż do przodu. Godzina 18:15, stoję pod wieżą. (Ale się po lesie nachodziłem.) Wieża jest metalowa, podstawa 2x2 metry, wysokość około 20 metrów. Solidna, nie jakaś tam stara zardzewiała konstrukcja. Kolejny cel: wejść po drabince na szczyt, znaleźć ulokowanego na szczycie kesza, i zostawić wpis. Po pięciu minutach odwlekania tego momentu poprzez wszelakie przygotowania zaczynam wspinaczkę. Po 2/3 drogi do góry zaczynam odnosić wrażenie, że wolę już chodzić po tym lesie w nocy niż się wspinać po tej lekko chybotliwej konstrukcji. Lęku wysokości nie da się pozbyć, można tylko chwilowo pokonać. Na szczytowej platformie obmacuje wszystkie barierki wieży w poszukiwaniu zamocowanego magnesem pudełeczka zgodnie ze wskazówką, że kesza nie widać z zewnątrz. Nic. Schodzę, bo tyłek marznie na metalowej płycie. Trzeba będzie robić poprawkę. Formalnie porażka, ale jak to mówią, zwycięstwo moralne ;)
W ramach psychicznego przygotowania do mającego się odbyć wczesną wiosną nocnego biegu (czy też maratonu) na orientację zaczynam chadzać do lasu po zmroku.
Odsłona pierwsza. Celem jest znaleziona w weekend wieża. Jest tam zlokalizowany geokesz, tylko dzięki temu trafiłem w to miejsce. Godzina 18:00. Ubrany odpowiednio wychodzę z domu. Czuję się tak, jak w dzieciństwie, gdy szedłem na badanie krwi. Tylko teraz idę sam. Nikt mi nie zabroni w ostatniej chwili zawrócić. Ale ja chce doświadczyć lasu w nocy. Bo nigdy nie będę wiedział jak to jest być w nocy w lesie. Godzina 18:10, wchodzę do lasu. Tylko jasno sprecyzowany cel pozwala mi iść do przodu, a w sumie to bardziej do góry niż do przodu. Godzina 18:15, stoję pod wieżą. (Ale się po lesie nachodziłem.) Wieża jest metalowa, podstawa 2x2 metry, wysokość około 20 metrów. Solidna, nie jakaś tam stara zardzewiała konstrukcja. Kolejny cel: wejść po drabince na szczyt, znaleźć ulokowanego na szczycie kesza, i zostawić wpis. Po pięciu minutach odwlekania tego momentu poprzez wszelakie przygotowania zaczynam wspinaczkę. Po 2/3 drogi do góry zaczynam odnosić wrażenie, że wolę już chodzić po tym lesie w nocy niż się wspinać po tej lekko chybotliwej konstrukcji. Lęku wysokości nie da się pozbyć, można tylko chwilowo pokonać. Na szczytowej platformie obmacuje wszystkie barierki wieży w poszukiwaniu zamocowanego magnesem pudełeczka zgodnie ze wskazówką, że kesza nie widać z zewnątrz. Nic. Schodzę, bo tyłek marznie na metalowej płycie. Trzeba będzie robić poprawkę. Formalnie porażka, ale jak to mówią, zwycięstwo moralne ;)
poniedziałek, 2 grudnia 2013
W świecie doznań. Nocleg w lesie.
Noc w lesie. Dla wielu brzmi przerażająco...
Znalazłem swego czasu podczas rowerowych wypraw do puszczy ***kiej trzy pokaźnych rozmiarów paśniki ukryte w samym sercu lasu. Paśniki niczym stodoły postawione na palach. Pod nimi miejsce do wykładania siana dla leśnej zwierzyny, u góry po prostu stodoła doskonale zadaszona, służąca do owego siana przechowywania. Pomyślałem, że to idealne miejsce na nocleg, tylko może w przyszłym roku, bo teraz już może być za zimno (czytaj: mój letni śpiwór jest za zimny).
Nie mam gdzie spać? Jestem bezdomny? Nie, po prostu gdy chcę spać w domu przy otwartym oknie (otwartym na oścież, nie tylko uchylonym), by poczuć świeżość powietrza, potrzebuję dobrych zatyczek do uszu, taki jest hałas z ulicy. Zatyczki z kolei sprawiają, że słyszę własny mózg. To nie jest przyjemne uczucie. Ja potrzebuję poczucia wolności. I nie nazywajmy tego powietrza świeżym...
W pewien piątek po pracy pakuję się na rower i jadę. Do celu jest około 40 kilometrów. Nie muszę się szczególnie spieszyć, chcę poczuć jak w lesie powoli zapada zmierzch. Około 20 jestem na miejscu. Przebywanie w lesie po zmroku jest zabronione, dlatego dziwnie się czuję przejeżdżając w pobliżu zabudowań leśnictwa z rowerem wypakowanym i karimatą, której nigdzie nie da się schować. Ale w końcu udaje się dotrzeć niepostrzeżenie na miejsce. Paśnik, na który się zdecydowałem nie ma drzwiczek wejściowych ani drabinki - można powiedzieć, że jest najbardziej zdezelowany. Wejść na górę jest dość ciężko, trzeba się trochę pogimnastykować, ale to gwarantuje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Rower schowany głęboko w krzakach nie jest widoczny z żadnej strony, ja schowany w głębi paśnika, w pozycji leżącej zupełnie niewidoczny. Wtopiony w krajobraz lasu.
Wieczorny spacer po lesie, około godziny 21. Słońce schowane pod horyzontem, nagrzany las wydaje z siebie zapachową mieszankę podgniłych liści, rozmokłej kory i żywicy, lekko gorzkawy, a jednak jakoś dziwnie orzeźwiający. Zapach, który uzależnia na całe życie, do którego człowiek chce wracać. Zapach, który drażni jakiś nieznany człowiekowi obszar duszy. Taki, jakiego jeszcze nikt nie podrobił, jaki można dostać tylko tu.
Potem robi się ciemno, z śródleśnej polany trzeba wrócić do lasu, gdzie stoi paśnik. Dzikie zwierzęta już ruszyły w teren. Znowu ta cisza, cisza i poczucie jedności z tym, co mnie otacza. Poczucie, że zniknąłem, roztopiłem się, nie ma mnie. Nirwana. Sny. Sny przychodzą dziwne, czasami straszne a czasami trudne do rozróżnienia od rzeczywistości. Śni mi się moja nirwana, moja nirwana nie jest doskonała. Przez szparę w deskach widzę wystający zza ściany lasu blok mieszkalny, zastanawiam się, czy ktoś mnie stamtąd widzi. Potem blok znika niczym senna wizja, ja znowu jestem sam i jeszcze bardziej wydaje mi się, że nie śpię, i gdy już leżę w pełnym przekonaniu, że nie śpię, koło godziny piątej słyszę głosy przechodzących w okolicy dzieci. Do dziś nie wiem, czy głosy dochodziły z pobliskiej alejki czy z mojej głowy.
Znalazłem swego czasu podczas rowerowych wypraw do puszczy ***kiej trzy pokaźnych rozmiarów paśniki ukryte w samym sercu lasu. Paśniki niczym stodoły postawione na palach. Pod nimi miejsce do wykładania siana dla leśnej zwierzyny, u góry po prostu stodoła doskonale zadaszona, służąca do owego siana przechowywania. Pomyślałem, że to idealne miejsce na nocleg, tylko może w przyszłym roku, bo teraz już może być za zimno (czytaj: mój letni śpiwór jest za zimny).
Nie mam gdzie spać? Jestem bezdomny? Nie, po prostu gdy chcę spać w domu przy otwartym oknie (otwartym na oścież, nie tylko uchylonym), by poczuć świeżość powietrza, potrzebuję dobrych zatyczek do uszu, taki jest hałas z ulicy. Zatyczki z kolei sprawiają, że słyszę własny mózg. To nie jest przyjemne uczucie. Ja potrzebuję poczucia wolności. I nie nazywajmy tego powietrza świeżym...
W pewien piątek po pracy pakuję się na rower i jadę. Do celu jest około 40 kilometrów. Nie muszę się szczególnie spieszyć, chcę poczuć jak w lesie powoli zapada zmierzch. Około 20 jestem na miejscu. Przebywanie w lesie po zmroku jest zabronione, dlatego dziwnie się czuję przejeżdżając w pobliżu zabudowań leśnictwa z rowerem wypakowanym i karimatą, której nigdzie nie da się schować. Ale w końcu udaje się dotrzeć niepostrzeżenie na miejsce. Paśnik, na który się zdecydowałem nie ma drzwiczek wejściowych ani drabinki - można powiedzieć, że jest najbardziej zdezelowany. Wejść na górę jest dość ciężko, trzeba się trochę pogimnastykować, ale to gwarantuje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Rower schowany głęboko w krzakach nie jest widoczny z żadnej strony, ja schowany w głębi paśnika, w pozycji leżącej zupełnie niewidoczny. Wtopiony w krajobraz lasu.
Wieczorny spacer po lesie, około godziny 21. Słońce schowane pod horyzontem, nagrzany las wydaje z siebie zapachową mieszankę podgniłych liści, rozmokłej kory i żywicy, lekko gorzkawy, a jednak jakoś dziwnie orzeźwiający. Zapach, który uzależnia na całe życie, do którego człowiek chce wracać. Zapach, który drażni jakiś nieznany człowiekowi obszar duszy. Taki, jakiego jeszcze nikt nie podrobił, jaki można dostać tylko tu.
Potem robi się ciemno, z śródleśnej polany trzeba wrócić do lasu, gdzie stoi paśnik. Dzikie zwierzęta już ruszyły w teren. Znowu ta cisza, cisza i poczucie jedności z tym, co mnie otacza. Poczucie, że zniknąłem, roztopiłem się, nie ma mnie. Nirwana. Sny. Sny przychodzą dziwne, czasami straszne a czasami trudne do rozróżnienia od rzeczywistości. Śni mi się moja nirwana, moja nirwana nie jest doskonała. Przez szparę w deskach widzę wystający zza ściany lasu blok mieszkalny, zastanawiam się, czy ktoś mnie stamtąd widzi. Potem blok znika niczym senna wizja, ja znowu jestem sam i jeszcze bardziej wydaje mi się, że nie śpię, i gdy już leżę w pełnym przekonaniu, że nie śpię, koło godziny piątej słyszę głosy przechodzących w okolicy dzieci. Do dziś nie wiem, czy głosy dochodziły z pobliskiej alejki czy z mojej głowy.
niedziela, 1 grudnia 2013
Drzewo grzeszników
Dzisiaj pada deszcz. Czasami mży, czasami na krótkie chwile przestaje. Wieje, czasem mocno. Około pięciu stopni na plusie. Jak to się poetycko wyraża: ciężkie chmury suną nisko nad ziemią. Ogółem ładna pogoda. Dostatecznie ładna by iść do lasu. Rozłożoną parasolkę wiatr dosłownie miażdży - to przeciwieństwo wywinięcia parasolki. Czyli wiatr około pięć razy silniejszy od tego, który wywija parasolkę. Więc idę bez.
Drzewo grzeszników nazywa się to miejsce. Oto co napisano o nim w internecie:
W dawnych czasach, gdy wokół tutejszych terenów nie było jeszcze rozwiniętych zabudowań, [...] drzewo pełniło nietypową funkcję. Stało się obiektem kultu małego kościoła (teraz nazwalibyśmy go sektą), założonego przez jednego z gdańskich rzemieślników. Było to małe zgrupowanie, a sami członkowie doskonale maskowali swoją przynależność. "Sekta" spośród ludności Gdańska wybierała osoby, które uważała za grzeszników. Grzeszników według ich osądu - dodajmy. A więc odbywał się swojego rodzaju samosąd, zaś grzesznicy byli nocą porywani z własnych domów bądź napadani podczas wieczornych spacerów. Nie torturowano ich, ani nie przetrzymywano (poza pojedynczymi aktami gwałtów na kobietach - co według "dogmatów" stowarzyszenia miało uśmierzyć ich późniejszy ból [...]). Kierowano się do lasu, pod "drzewo grzeszników", gdzie winowajcy najpierw kazano się wyspowiadać, a następnie rozbijano mu głowę o kamień leżący przy drzewie. Grzesznika nagiego wieszano następnie na owym drzewie. Gdy wisiał (najczęściej do świtu), mordercy odmawiali sobie tylko znane modlitwy. Ciało zdejmowano rankiem i grzebano nieopodal. Co ciekawe - i tajemnicze - nigdy nie znaleziono tutaj żadnych ludzkich szczątków. Drzewo za każdym razem robiło się ciemniejsze, bardziej powyginane, łysiało, pojawiły się na nim dziwne narośle. Sekta potrafiła wytłumaczyć to zjawisko. Drzewo nie mogło znieść "ciężaru grzechów" mordowanych grzeszników. Informacji o działalności sekty nigdy nie odnaleziono, kamień także nie ma żadnych widocznych śladów. Drzewo Grzeszników to Kasztanowiec, który w okresie od maja do czerwca kwitnie. Co dziwne i istotne dla legendy, kwitnie, ale nie wydaje owoców. Nigdy nie znaleziono pod nim ani jednego kasztana... [...]
Pod drzewem, które wiekiem wygląda na około sto lat, niewielka podmurówka z kilkoma schodkami. Oceniając po wielkości, mogła to być tylko kapliczka.
Droga rozwidla się, idąc w prawo dotrzemy do drzewa, ja idę w lewo. Droga zaczyna się wić to w jedną to w drugą stronę. Po lewej stronie wznosi się stroma skarpa. U jej stóp coś na kształt szałasów, mniej lub bardziej szczelnych. Dwa szałasy i jeszcze dwa zadaszenia przyczajone na stoku. Idę dalej, droga się kończy błotnistą rozjeżdżoną polaną. W tym błocie sterta starych bochenków chleba. Kilkadziesiąt, rozmoczonych, śmierdzących, pleśniejących. Tu pewnie w lecie bezdomni mieszkają. Takie miejsca schowane tak blisko tych, które znamy...
Drzewo grzeszników nazywa się to miejsce. Oto co napisano o nim w internecie:
W dawnych czasach, gdy wokół tutejszych terenów nie było jeszcze rozwiniętych zabudowań, [...] drzewo pełniło nietypową funkcję. Stało się obiektem kultu małego kościoła (teraz nazwalibyśmy go sektą), założonego przez jednego z gdańskich rzemieślników. Było to małe zgrupowanie, a sami członkowie doskonale maskowali swoją przynależność. "Sekta" spośród ludności Gdańska wybierała osoby, które uważała za grzeszników. Grzeszników według ich osądu - dodajmy. A więc odbywał się swojego rodzaju samosąd, zaś grzesznicy byli nocą porywani z własnych domów bądź napadani podczas wieczornych spacerów. Nie torturowano ich, ani nie przetrzymywano (poza pojedynczymi aktami gwałtów na kobietach - co według "dogmatów" stowarzyszenia miało uśmierzyć ich późniejszy ból [...]). Kierowano się do lasu, pod "drzewo grzeszników", gdzie winowajcy najpierw kazano się wyspowiadać, a następnie rozbijano mu głowę o kamień leżący przy drzewie. Grzesznika nagiego wieszano następnie na owym drzewie. Gdy wisiał (najczęściej do świtu), mordercy odmawiali sobie tylko znane modlitwy. Ciało zdejmowano rankiem i grzebano nieopodal. Co ciekawe - i tajemnicze - nigdy nie znaleziono tutaj żadnych ludzkich szczątków. Drzewo za każdym razem robiło się ciemniejsze, bardziej powyginane, łysiało, pojawiły się na nim dziwne narośle. Sekta potrafiła wytłumaczyć to zjawisko. Drzewo nie mogło znieść "ciężaru grzechów" mordowanych grzeszników. Informacji o działalności sekty nigdy nie odnaleziono, kamień także nie ma żadnych widocznych śladów. Drzewo Grzeszników to Kasztanowiec, który w okresie od maja do czerwca kwitnie. Co dziwne i istotne dla legendy, kwitnie, ale nie wydaje owoców. Nigdy nie znaleziono pod nim ani jednego kasztana... [...]
Pod drzewem, które wiekiem wygląda na około sto lat, niewielka podmurówka z kilkoma schodkami. Oceniając po wielkości, mogła to być tylko kapliczka.
Droga rozwidla się, idąc w prawo dotrzemy do drzewa, ja idę w lewo. Droga zaczyna się wić to w jedną to w drugą stronę. Po lewej stronie wznosi się stroma skarpa. U jej stóp coś na kształt szałasów, mniej lub bardziej szczelnych. Dwa szałasy i jeszcze dwa zadaszenia przyczajone na stoku. Idę dalej, droga się kończy błotnistą rozjeżdżoną polaną. W tym błocie sterta starych bochenków chleba. Kilkadziesiąt, rozmoczonych, śmierdzących, pleśniejących. Tu pewnie w lecie bezdomni mieszkają. Takie miejsca schowane tak blisko tych, które znamy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)