Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzień jak co dzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzień jak co dzień. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Galeria. O zmyśle orientacji.

Centrum handlowe, Galeria Riviera. Nie mylić z Riwierą. Poszedłem tam, bo poszedłem. Bo była blisko, bo coś musiałem kupić, i wreszcie, bo nigdy tam nie byłem, choć stoi już od ponad roku. Pamiętam jeszcze czasy, gdy dopiero ją budowali. Byłem na nich wściekły bo zabrali mi drogę, która istniała na mapie. Tylko na mapie. Mojej mapie. Musiałem się przedzierać przez chaszcze. Podobno przejście całości galerii bez wchodzenia do sklepów zajmuje wieczność. Tak mówią. Ja odwiedziłem dwie miejscówki, bardzo szczęśliwie szybko je znalazłem i w dość jak na galerie błyskawicznym tempie zakupiłem co chciałem i po około pół godziny skierowałem się w stronę wyjścia.

Mój (męski) zmysł orientacji wskazuje mi odległość i kierunek, ale nie akceptuje faktu, że na drodze stoi ściana. Wiem, gdzie mam iść, ale tam nie ma przejścia. Galeria handlowa to miejsce, gdzie chodzenie na przełaj może się skończyć na policji. Włącza się na chwilę (kobiecy) zmysł orientacji. Nie pamiętam dokładnie jak szedłem, pamiętam tylko parę miejsc, które mijałem, więc próbuję iść po łańcuszku zapamiętanych punktów charakterystycznych. Ale ten rodzaj zmysłu nie jest u mnie chyba na tyle dobrze rozwinięty. W pewnym momencie brakuje jakiegoś ogniwa.

W lesie potrafię przy pomocy mapy z samymi poziomicami oraz kompasu precyzyjnie nacelować na dowolny punkt. Kilometr dalej, dwa kilometry. A teraz się z pieprzonej galerii nie mogę wydostać. Może trzysta metrów do wyjścia? Jest wyjście ewakuacyjne, jest zabawa. Odchylam wielkie wrota. Pusty korytarz, zakręt, kolejne wielkie wrota, korytarz, jeszcze jedne drzwi. Jestem na jakimś podziemnym parkingu. Dobra, jak się wydostać z tego parkingu? Przecież nie pójdę po rampie dla samochodów. Zresztą, ona prowadzi do góry a ja jestem na poziomie 0. Dobra, odwrót do galerii. Jedne drzwi: "Dostawy". Drugie drzwi: "Tylko do użytku personelu". Nie jestem dostawą więc wchodzę w drugie drzwi. Nie jest dobrze, korytarze, drzwi, pewnie i kamery. Odwrót. Znowu wydostaję się na "zewnątrz". Podjeżdża policja. Szybko reagują, przechodzi mi przez głowę.

Z zimną krwią mijam radiowóz. Oczywiście panowie przyjechali w zupełnie innym celu. Na parkingu jakaś pani pali papierosa, pytają ją o drogę do jakiegoś sklepu. Ja za nimi pytam o drogę. Jak się okazuje, idąc tak jak samochodem trzeba obejść całą galerię od północy. Zupełnie bez sensu. Zatem jeszcze raz atakuję wejście dla personelu. I za którymiś wrotami jest galeria. Wtapiam się w tłum jak jakiś agent. Jestem prawie w punkcie wyjścia. Haha. Szukam czy mam ze sobą kompas. Czasami go ze sobą noszę. Nie dziś. Byłoby by śmiesznie.

No dobra, miło było ale się skończyło. Nad korytarzami znajdują się spoilery. Można sobie popatrzeć gdzie jest wyjście. Tymczasem zabawa przednia była. Czasami fajnie jest doświadczyć galerię handlową z innej perspektywy.


środa, 5 listopada 2014

Najciemniej pod latarnią

Dlaczego pod latarnią jest zawsze najciemniej? Zawsze myślałem, że chodzi o to, że szukamy daleko zamiast rozejrzeć się wokół siebie. To zapewne też. Ale dzisiaj taka dodatkowa refleksja: gdy stoję w nocy pod samotną latarnią wszędzie dookoła jest ciemno, bo oczy przyzwyczajają się do jasności latarni. Gdy wejdę w "ciemny" las, po jakimś czasie moje oczy przyzwyczajają się i zaczynają widzieć coraz więcej i nie tylko to, co jest w zasięgu latarki. Z czasem coraz więcej aż do momentu, w którym dochodzę do wniosku, że gdy zapalę latarkę, przestanę cokolwiek widzieć. I tak dziś wieczorem (właściwie nocą ale w lekkim świetle księżyca) przejeżdżam rowerem kilka kilometrów po lesie zupełnie nie znając drogi i bojąc się zapalić lampki.

Tak latarnia ogranicza pole widzenia. Pod latarnią najciemniej - bo najmniej widać; bo widać tylko wąski wycinek rzeczywistości.

środa, 13 sierpnia 2014

Idzie jesień

Idzie jesień, pierwsza jej oznaka przyszła niczym pierwsza wiosny oznaka, gdy przy kilkunastostopniowym mrozie na porannej plaży słońce przygrzewało w twarz. Idzie jesień, pierwsza taka noc zimna, że na plaży bije ciepło od morza. Idzie jesień, niczym bocian albo Włóczykij instynktownie czuje potrzebę udania się na południe, w Bieszczady i leżenia na trawie z oczami wpatrzonymi w niebo pełne gwiazd i uszami wsłuchanymi w ciszę.

A morze takie spokojne niewzruszone niczym tafla jeziora.

wtorek, 29 lipca 2014

Boso


Piasek nad otwartym morzem jest drobniutki, subtelnie biały, czysty. Na plaży nie ma nic, jest tylko piasek, woda i niebo. I skóra. Woda jest czysta i zimna. Na horyzoncie tylko jakaś jedna zbłąkana żaglówka, biały trójkąt, bardzo klasyczny. Archetyp żaglówki. Wiatr przynosi na przemian morski chłód i suche fale gorącego powietrza znad lądu.


Piasek nad Zatoką jest gęsty, jakiś taki ordynarnie gruby, żółty, pełny śmietków mniejszych i większych. Tłumy klapek i kostiumów. Woda ciepła i jakaś mętna. Zupa. Na horyzoncie ciągną tankowce, ciągną jeden za drugim przez całą dobę wioząc ropę i inne rzeczy. To się nazywa przemysł, postęp, iPod, iPhone, iPad, iPit i iPet.

Przerażający kontrast.

Buty wędrują w garści od plaży do samego domu. A w tym czasie przez pięć kilometrów stopy doświadczają wody, mokrego piasku, suchego piasku, trawy, trawy z szyszkami, chropowatego chodnika, płaskich płytek, płaskiego chodnika, chropowatej ścieżki rowerowej, gładkich płytek chodnikowych z jakimiś kłującymi ziarenkami czegoś, asfaltu, śliskiej farby którą pomalowano pasy, chłodnego mokrego chodnika, kostki brukowej, płytek w bloku, podłogi windy, podłogi korytarza, dna kabiny prysznicowej. Stopy wracają do ery sprzed iPoda, sprzed komputera i telefonu, sprzed ery żarówki. Tylko asfalt jakiś taki obcy, płytki chodnikowe nieswoje, dziwne i niewytłumaczalne, przerażające i sprzeczne, zaprojektowane z myślą o butach, których nie można ubrudzić. Niedostosowane do potrzeb stopy, do naturalnej potrzeby człowieka do kontaktu z Ziemią.

środa, 21 maja 2014

Dzisiaj

6:30, gdy wychodzę na peron SKM jest mi lekko za ciepło. W samej jednej koszulce. Jeszcze w zeszłą sobotę o mało nie doprowadziłem się do hipotermii nic nie jedząc i przez pięć godzin walcząc na plaży z wiatrem i niemiłosiernym szumem morza. Już sam nie wiem od czego bardziej mnie rozbolała głowa. W dalszym ciągu noszę w plecaku kurtkę, na wszelki wypadek; nie wiem czego.

7:00, zapachy świata: zapach klimatyzacji w nieposiadającej okien powierzchni biurowej. Kuchnia: temperatura 15 stopni i totalny smród czegoś jakby gnijącej rzepy prosto z klimatyzacji. Zastanawiam się, czy nie jeść dzisiaj obiadu na trawniku przed pracą.

7:15, na zajęcia z holenderskiego nasz nauczyciel przynosi nam pięciolitrowy baniak wody mineralnej z Netto, która jest podobno lepsza w smaku niż woda mineralna z Biedronki. Degustujemy. Mnie woda z kranu smakuje równie dobrze.

8:00, nasz nauczyciel holenderskiego, rodowity Holender i do tego ewangelicki pastor znowu usiłuje nas nawracać. Tym razem za pomocą ulotek, które sam tłumaczył na polski. "Poza tym, nawet jeśli zgrzeszysz tylko pięć razy dziennie, to w ciągu roku daje to 1825 grzechów! Jeśli dożyjesz do siedemdziesiątki, złamiesz Boże prawo 127000 razy!" Wzbudzić w człowieku strach. Strach. Strach. A potem wielce okazać mu łaskę. Cóż za nieposkromione pragnienie władzy Kościoła nad ludzkimi umysłami. I to już nie tylko KK.

9:00, szkolenie z Excela, poziom zaawansowany, część ostatnia, której się najbardziej bałem, czyli Visual Basic i tworzenie makr, okazuje się najbardziej inspirująca i ciekawa. Czuję w sobie chęć stwarzania. Jeśli Bóg stworzył świat, to musiał to zrobić w edytorze Visual Basic.

13:30, nie ma nic gorszego niż jedzenie obiadu samemu. Teraz druga połowa siedzi na Excelu.

15:00, w pracy zaczyna się palić, ratuje mnie fachową pomocą była teamliderka. Była, a mimo to ratuje. Choć wcale nie musi. Są ludzie i są ludzie.

17:20, Marta mówi, że w piątek przyjeżdża do niej Sven. To znaczy, że już w sobotę załamanie pogody. Zawsze tak jest. Na szczęście już w niedzielę będę daleko stąd. Sven podobno lubi jak pada deszcz, jest tak romantisch. I można całymi dniami leżeć w łóżku do południa. Marta już się stresuje, że coś będzie nie tak. Stresuje się samym stresem. To jest dopiero stres.

18:00, dzisiejsza wizyta wcale nie kończy mojej przygody z leczeniem kanałowym ciągle tego samego zęba. Od mojej seksownej dentystki jeszcze bardziej pociągająca okazuje się jej asystentka, w szczególności podczas robienie rentgena zęba. Życie jest przewrotne. Zgodnie z ulotką od naszego "pastora" popełniłem dzisiaj już dwukrotnie cudzołóstwo.

21:00, makaron z rozerwanego opakowania rozsypuje się w kuchni po całej podłodze. Zaraz będzie się gotowała woda. Czy ja wyglądam jak kombajn do zbierania makaronu z podłogi?

21:30, wpakowałem rower do pokoju, żeby go osiodłać sakwą rowerową. Gdy wróci mój współlokator, będzie myślał, że mnie nie ma. Jak wróci koło północy to się jeszcze bardziej zdziwi. Jeszcze dwa dni i mnie nie będzie.

środa, 16 kwietnia 2014

Rower

Ma jakieś piętnaście lat. Nie cały oczywiście. Z tego, co było piętnaście lat temu, pozostała rama, siodełko, kierownica i przednia przerzutka. Reszta jest nowa. Wszystkie manetki na kierownicy - wymienione po masakrycznym wypadku, jakiego rower doznał kilka lat temu. Wymienione tylne koło, które się wygięło pod ciężarem dwutygodniowego rowerowego urlopu. To nowe jest wzmacniane. Tylna opona kosztowała całe osiemdziesiąt złotych - droższej nie było, ale to jest cena jaką płaci się niejako prewencyjnie, gdy poprzednia opona jest porwana po roku użytkowania. Zębatki od tylnej przerzutki nowe, bo w starych powyginały, powyłamywały bądź pościerały się zęby. Również tak zwany wolnobieg, czyli to, co jest w tylnej piaście, poszedł do wymiany po tym, jak pewnego letniego dnia kręciło się pedałami a rower stał w miejscu. Za jednym zamachem szarpnąłem się na nową tylną przerzutkę, bo i ona wykręciła mi żart na obrzeżach Krakowa. Do tego wszystkie linki łącznie z tymi od hamulców, bo i je kazałem kompletnie wymienić. W międzyczasie rower został doposażony w aluminiowy bagażnik, błotniki i lampki na magnes. Ostatnio do wymiany poszło przednie koło wraz z jeszcze oryginalną oponą. Koło było już lekko wykrzywione. Teraz ma się wrażenie, jakby rower sam jechał, takie już były opory w starym kole.

W rower z supermarketu za mniej niż trzysta złotych wpakowałem na przestrzeni kilku lat już prawie tysiąc. Niby ten sam, ale jakby nowy. I mówię, że przejechałem na nim kilka tysięcy kilometrów, ale tak w sumie to nie, bo na każdej części przejechałem inny dystans. Za każdym razem, gdy mówię tacie o tym, jak wymieniłem w nim kolejny element, tata stwierdza, że już lepiej by było kupić nowy. Ale jak mogę pozbyć się takiego napakowanego pasją i bagażem emocjonalnym cuda i kupić coś bez historii i od zera? Czasami klnę na niego, ale trudno bez niego żyć.

Jest zielony. Nosi dumny ale i bardzo ogólny, sztampowo-marketingowy i nic nie mówiący napis Explorer. Jest też niesmiertelna naklejka z napisem no vibration, cokolwiek miała by znaczyć.

Czasami się zastanawiam, czy powinien dostać imię.


sobota, 25 stycznia 2014

Szelest morza

Sobota, godzina 6:10, za oknem ciemno, zimno. Minus piętnaście stopni. Niebo generalnie wydaje się bezchmurne, choć gwiazd trudno się dopatrzyć. Dzwoni budzik. Normalnie wstaję o 7:10, ale dzisiaj mam wolne. Już 20 minut później na wschodnim horyzoncie można dopatrzyć się pierwszych oznak świtu. Słońce wzejdzie za prawie półtorej godziny. Wystarczy, żeby dojechać na plażę i zająć miejscówkę. Na orłowskiej plaży dość tłoczno mimo tak wczesnej pory (7:15). Pół godziny do wschodu słońca, na plaży praktycznie jasno. Kilka osób ze statywami, kilka bez. To pierwszy prawdziwie zimowy wschód słońca tej zimy.

Horyzont nie jest gładki jak zawsze, horyzont jest poszarpany. Paruje woda, wznoszą się smugi i kłęby pary, ciągną się nisko nad wodą. Między falami tworzą się małe światy, mgliste dolinki, i układają się w krajobraz przypominający jesienny bieszczadzki wschód słońca. Morze zamarza. Powoli. Na plaży niczym morska piana leżą wzdłuż morza zwały ni to śniegu ni to lodu, zamarzniętej morskiej wody. Pod nią z kolei gęsta półpłynna substancja - coś między lodem a wodą. Morze dziś nie szumi, dzisiaj morze szeleści. Szeleści drobinkami lodu ocierającymi się o siebie, wyrzucanymi na plażę. Kamienie zalane lodem niczym przezroczystą polewą błyszczą w pomarańczowym słońcu.

Z nosa kapie prosto na aparat. Zamarza po kilku sekundach. Ale wiosnę czuć w świetle słońca.

sobota, 18 stycznia 2014

Wilk, babcia i jeleń.

Pluszowe przytulanki są różne, ale te z Ikei kładą mnie na kolana. Pan Brokuł jest już klasykiem, do spółki z panią/panem Marchewką (ach ten gender), przyszedł więc czas na coś nowego. Jest wilk. Nie będę się rozpisywał, żeby opisać wilka, bo po co, skoro znalazłem go w internecie:

http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/40247575/

Jak widać, wilk wyposażony jest w babcię. W tym miejscu babcia mogłaby się wydać jakąś kolejną pluszową zabawką wilka (taka matrioszka: zabawka, co sama ma zabawkę, a ta zabawka znowuż też ma zabawkę i tak dalej), ale to, czego nie widać w internecie, rzuca się w oczy w sklepie. Wilk i babcia nawiązują do bajki o Czerwonym Kapturku. Bo oto patrzę: na kupie pluszowych zabawek leży wilk, a z pyska coś mu wystaje. Patrzę, zaczynam wyciągać, a tu babcia. Siedziała w pysku wilka i tylko ręka wystawała. Patrzę dalej, a tu wilk ma rozpinaną koszulę. Gdy ten całkiem połknie babcię, można ją wyjąć wilkowi niejako z brzucha. W takim razie trochę dziwi mnie, że Ikea nie zrobiła do tej pory pluszowego myśliwego, który rozprułby wilkowi brzuch i uratował babcię. Była by przednia zabawa. Chyba tylko dlatego, że taki myśliwy, żeby nie tracić autentyczności, musiałby być wyposażony w strzelbę, która by do tego strzelała. Ale Ikea nie chce skandalu. Może i dobrze.

A gdzie jeleń?

Ano w lesie, po drodze do Ikei, w towarzystwie dwóch saren. Po prostu P I Ę K N Y. Chyba nie byłby ze mnie dobry myśliwy... Może i dobrze.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Dzik

Dzisiaj miałem po raz kolejny zaszczyt spotkać dzika. Było to bardzo miłe spotkanie, które, mam nadzieję, pozwoli mi zmienić swoje dotychczasowe nastawienie do tych leśnych przodków świń.
Nie, nie byłem w lesie. Tak, jadłem kiełbasę z dzika. Pokusiłem się, bo trzeba przecież poznawać świat z różnych punktów widzenia.

Koleżanka z pracy (nie ta, od której jadłem swego czasu jelenia), której tata również jest myśliwym raczyła nas dzisiaj doskonałym wyrobem, co do którego można było mieć pewność: to jest coś, co biegało po lesie. Kiełbasa na pierwszy rzut oka wygląda jak kiełbasa, ale w środku jest znacznie ciemniejsza z lekką nutką czerwieni. No ale nie samym wyglądem żyje człowiek. Smaku nie opiszę, bo nie jestem specjalistą smakoszem. Ale jeden fakt zasługuje na wspomnienie: o ile po innych wyrobach mięsnopochodnych i mięsnopokrewnych odczuwam w żołądku coś jakby ssanie, spowodowane zapewne wszelkiego rodzaju "polepszaczami smaku" (w praktyce wzmacniaczami apetytu, bo po nich ma się ochotę na więcej, a czym więcej się zjada, tym bardziej człowieka zasysa), o tyle po tym domowej obróbki dziku nie miałem podobnych objawów. No ale po co ma człowiek jeść tyle, ile potrzebuje, jeżeli może jeść tyle, ile tylko się w nim fizycznie zmieścić. Pieniądze, pieniądze, pieniądze.

Teraz jak spotkam w lesie dzika, to wiem jedno: nie uciekać, tylko gonić.


sobota, 11 stycznia 2014

Reklama w bankomacie

Do tego, że w oczekiwaniu na wybranie z bankomatu pieniędzy oglądam na wyświetlaczu reklamy, już się zdążyłem przyzwyczaić. Ale kompletnie zaskoczony byłem, gdy razem z banknotem bankomat wydał mi ulotkę reklamową. Stałem z tym jak wryty. Na szczęście ulotka nie była substytutem banknotu, ale mimo wszystko. No tak, po co mają ludzie stać na ulicach i wciskać ludziom ulotki, kiedy może to robić automat. Tanio i skutecznie.


Reklama ostatnio zawędrowała do publicznych ubikacji oraz na baseny, w okolice suszarek. Gdzie jak gdzie, ale tam człowiek patrzy na nie, bo nie ma na co innego patrzeć, bądź siedzi w zadumie. To czemu nie miałby sobie popatrzeć na reklamę. Jest wszędzie tam, gdzie najmocniej działa na odbiorcę. Na podstawie statystyk zakorkowania dróg wyznacza się ceny za powierzchnię na billboardach. Tam gdzie kierowcy stoją w korkach, tam reklama więcej kosztuje.

Ludzie, nie chodźcie do lasu, a jak już chodzicie, to się z tym nie obnoście. Bo się skończy tak, że i na drzewach będą reklamy.

wtorek, 7 stycznia 2014

Różne myśli w oczekiwaniu na sen

Zdarzy mi się czasami na pustym peronie położyć na ławce i patrzeć w niebo w oczekiwaniu na pociąg. Patrzeć, jak chmury przesuwają się nade mną. Zdarza mi się leżeć na kępie traw na leśnej polanie, bez żadnego koca piknikowego, bez żadnych wielkomiejskich akcesoriów. I patrzę w niebo i słucham jak szumią drzewa. Albo na małej przystani przy zagubionym jeziorze u puszczy, gdy słońce już powoli chowa się za ścianę. A ileż razy leżałem na plaży prosto na piasku a przybijające fale próbowały mnie przerzucić na bok. Swego czasu w domu mojej babci lubiłem kłaść się pod werandą, gdy padał deszcz, lub gdy już robiło się ciemno i zimno, przykryty kocem. Choć w domu czekało ciepłe łóżko. Za każdym razem jest mi tak dobrze, za każdym razem doznaję tego uczucia, że mógłbym w tym miejscu zostać już na zawsze. Co że zimno, co że mokro, że komary. Wtedy właśnie czuję, że mój oddech jest naturalny, niewymuszony i wprawia mnie w przyjemne uczucie transu.

Ale znacznie więcej razy zdarzało mi się leżeć w łóżku godzinę, dwie, nie mogąc zasnąć. W takich chwilach muszę wyobrazić sobie, że jestem gdzieś na dalekiej północy, na zewnątrz jest ciemno, zimno, zawieja. W środku jest bezpiecznie, ciepło. Można się wtulić myślami w ukochaną osobę. I można zasnąć.

Jeśli nie pomaga i to, są jeszcze dwa sposoby:

"Świątynia Nieba"

Opuszek prawego kciuka stykamy z paznokciem lewego kciuka, następnie opuszek prawego palca wskazującego złączamy z opuszkiem lewego kciuka. Na paznokieć prawego palca wskazującego nakładamy opuszek lewego palca wskazującego. Teraz analogicznie budujemy schody do świątyni z pozostałych palców, z wyjątkiem dwóch ostatnich, które pozostają luźno. Są ścianami świątyni. Świątynia Nieba działa antydepresyjnie, przepędza złe myśli.

"Dawka nitrogliceryny"

Robimy na dwie ręce: opuszek palca wskazującego kładziemy na podstawie kciuka. Następnie stykamy końcówkę kciuka z końcówkami palca środkowego i serdecznego. Palec mały pozostaje wolny. Jak sama nazwa wskazuje, pomaga przy zbyt szybkiej akcji serca. Wystarczy, że powiem, że moja mama uratowała w ten sposób babcię.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Współlokator

"Bo ja się tam znam z chłopakami z Wołomina, to znaczy z młodego Wołomina, czasami się tam widywałem z nimi w pubie, ale nie żebym jakieś interesy z nimi robił."

Jeśli takie słowa słyszymy od współlokatora, to mimo wszystko robi się nieswojo. Współlokator sprzedawał już na aukcjach markowe ubrania z zajęć komorniczych, teraz czas na markowe perfumy. Z zajęć komorniczych, ma się rozumieć, bo znajomy jest komornikiem. Współlokator pracuje w branży finansowej, sprzedaje różne usługi finansowe. Niech tam sobie sprzedaje...

środa, 1 stycznia 2014

Noc posylwestrowa

Po raz kolejny spróbowałem pójść w nocy do lasu. Zaplanowana trasa o długości około czterech kilometrów zatacza w lesie pętlę. Została wyznaczona po konsultacji z Google Maps (widok: satelita) tak, aby nie były to jakieś wąskie leśne ścieżyny, tylko dość szerokie leśne drogi.

Idę więc dziś do lasu. Nie czuję żadnego strachu, przerażenia, paraliżu ani syndromu przedegzaminacyjnego. Tak jak bym szedł na zwykły spacer, ot tak, do lasu i z powrotem. Spacer ma zweryfikować moją zdolność do orientacji w terenie leśnym w warunkach nocnych, dlatego ważne jest przejście z góry wyznaczoną trasą. I tak po pół godziny spaceru do miejsca startu wchodzę do lasu. Na początku idę skrajem polany, gdzie jest względnie jasno, i boję się trochę, ale już dalej w las zupełnie ciemno i strach mija. Wyobraźnia odstawiona w kąt.

Schody zaczynają się już po przejściu pierwszego kilometra. Ścieżki coś się rozwidlają. Tego nie było w planie. Nie wiem, w którą stronę mam iść. Na początek próbuję bardziej w lewo. Jednak po niedługim czasie ten kierunek traci wiarygodność a w oddali słychać buszujące dziki gdzieś mniej więcej przede mną. Więc zawracam i idę na rozwidleniu prawo. Tu zachodzę nieco dalej, ale dziki słychać jeszcze bardziej na lewej flance. Co najmniej trzy sztuki. Wystarczająco dużo, żeby mnie okrążyć. Po jakimś czasie się uciszają, jakby zatrzymały się i obserwowały mnie. Wystarczy jednak głośniej poszurać nogą i się uaktywniają. Próbuję namierzyć je latarką, ale jest za gęsto, wydychane nosem powietrze zamienia się w parę i skutecznie utrudnia patrzenie. Cholernie boję się, że mogą mnie zaskoczyć.

Desperacki zamiar pójścia dalej ostatecznie krzyżuje wdepnięcie w dość głęboką błotnistą kałużę. Nie mogę jednocześnie patrzeć za dzikami, patrzeć pod nogi i nasłuchiwać, gdy błocko bezczelnie plumka pod moimi butami. Słabo by wyglądała ewakuacja w takiej sytuacji. Nie wiem jaką mam podstawę wybierać się wiosną na 25-cio kilometrowy nocny marsz na orientację, jeżeli już po półtora kilometra tracę pewność gdzie jestem. Nie wspominam o innych atrakcjach. No ale może krok po kroku?

Ciemny las, czasem zawieje wiatr i zaszeleszczą wysuszone dębowe liście na drzewach. Robi się nieswojo. Od czasu do czasu słychać w oddali wybuchy. To jeszcze pozostałości fajerwerków i petard z dzisiejszej nocy sylwestrowej. Te wybuchy o dziwo dodają mi pewności siebie. Dziwny jest ten świat.

niedziela, 29 grudnia 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Coroczny świąteczny spacer po raz kolejny zaprowadził nas w miejsce, gdzie tereny PKP zarastają roślinnością drzewiastą, gdzie nieużywane od lat szyny padają łupem złomiarzy. Ale o ile to jest normalna, naturalna a być może i pożądana kolej rzeczy, bo po co mają szyny rdzewieć jak można je wtórnie przerobić, i po co ma kilkadziesiąt (?) hektarów świecić pustką, skoro może produkować tlen, o tyle zdecydowane NIE mówię wyrzucaniu tam śmieci. Wiem, że ten teren wygląda nieestetycznie (ruiny kolejowej zabudowy), ale to nie jest żadne usprawiedliwienie.

Wśród sterty śmieci, a właściwie na samym jej wierzchu leży praca licencjacka autorstwa pani Anny Lenart (równolegle widnieje również nazwisko Kostka; zapewne w związku z zawarciem związku małżeńskiego) zamieszkałej najprawdopodobniej w Orzeszu, gdyż praca licencjacka (datowana na czerwiec 2013) zatytułowana jest "Podatki i Opłaty Lokalne Gminy Orzesze", natomiast Orzesze jest oddalone od miejsca wyrzucenia śmieci na tyle daleko, że można powiedzieć, że to już nie nasze podwórko. Nie czytałem tej pracy, ale domyślam się, że w Orzeszu sporo płaci się za wywóz śmieci. Poza tym "praca" zawiera pewne informacje na temat jej autorki lub kogoś z jej rodziny.

Praca została napisana na WSBiF w Katowicach pod kierunkiem prof. K. Znanieckiej. Są też podane jakieś inne namiary, jak np. numery 798-879-285 (po wybraniu numeru włącza się poczta głosowa Orange; spróbuję jutro o wcześniejszej porze) oraz 32-33-61-072 (jak nic numer stacjonarny).

Jeśli ktoś wie coś na ten temat, chętnie się z nim skontaktuję. Niech się ludzie chociaż nauczą chronić swoje dane osobowe.

czwartek, 31 października 2013

Halloween

Halloween w korporacji. Oczywiście, wiadomo, że w korporacji nie może być Święta Zmarłych. Już nawet mniejsza o to. Ludzie zachęceni odgórnym pozwoleniem/zaleceniem przebierają się za jakieś straszydła, dziwadła, zakładają maski i takie tam. Sam manager w roli Śmierci, przeganiany przez przebranego za Dobrą Wróżkę kolegę z helpdesku: "Odejdź!" Z głośników w suficie rozlega się złowrogie krakanie wron, bicie kościelnych dzwonów, później już nawet odgłosy zombie i mordowanych ludzi. W ich takcie księgujemy faktury, dzwonią klienci... Farsa.