Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2015

Kot

O tym, że określenie "mieć kota" ma znacznie dosłowne jak i przenośne, wiadomo mi jest nie od dawna, natomiast zaskoczyło mnie jak łatwo znaczenie dosłowne może się pokrywać z przenośnym.

Znajoma z pracy ma kota, ale to nie jakiegoś tam dachowca, lecz kota profesjonalnego. Kota rasowego, tak bardzo rasowego, że swoim rodowodem pewnie nie ustępowałby dynastii Piastów. Kot z białym futrem i niebieskimi oczami chodzi na rynku po około 2 tysiące złotych, tegoż kota koleżance udało się jednak załatwić mniej więcej za darmo wskutek różnych mniej lub bardziej skomplikowanych okoliczności

Kot ma jednak swoje wady i nie wynikają one bynajmniej z faktu, że darowanemu kotu... koniu... koniowi... w zęby się  nie zagląda. Że tak powiem, wady te są temu kotu immanentne. Kot jest głuchy. Bo jak się okazuje, skrzyżowanie białej sierści i niebieskich oczu oznacza daje nam w pakiecie brak odbioru dźwięku na co najmniej jedno ucho. Nie wiem, jak dokładnie jest w przypadku tego kota. Faktem jest, że miauczy niemiłosiernie głośno, co wydaje się dość zrozumiałe w jego przypadku.

Kot wymaga więc nadzoru weterynaryjno-laryngologicznego, ale najwyraźniej również i weterynaryjno-gastrologicznego, bo jak się dowiaduję, kot zatruł się karmą dla kotów. Wcale mnie to nie dziwi, myślę sobie, kotu trzeba dać kurczaka i koniec. Ale nie! Kotu kurczaka dawać nie wolno, bo kurczak zawiera za dużo białka. A czy mysz też zawiera za dużo białka? Zależy ile zjadła sera... Trzeba dawać mu wołowinę, którą należy uprzednio zamrozić i rozmrozić. Żeby była bardziej miękka? krucha? bardziej lekkostrawna?

Taki kot nie przeżyłby na wolności ani dnia. To tylko taka zabawka dla tych, co chcą mieć kota, lubią mieć kota, mają kota na punkcie kota. Choć zawsze lepsza niż pyton albo jakiś inny kraken. A ja uwielbiam koty i nie potrafiłbym żadnemu z nich zgotować losu zamkniętego wśród czterech ścian mieszkania. Kot musi mieć wolność, w przeciwnym razie nie jest prawdziwym kotem.  

wtorek, 10 lutego 2015

Fucking disgusted

Jestem kurwa za przeproszeniem kurewsko zniesmaczony. Zniesmaczony tym, jak ludzie znani mi mniej lub bardziej pchają się, cisną drzwiami i oknami, napierają rękami i nogami na pieniądze, na sukces, na awans, na kolejne pozycje do CV, na to, żeby mieć więcej, więcej wydawać, więcej konsumować, bardziej się zadłużać. A potem zapewne domagać się od nie wiadomo kogo obniżenia kursu franka. Społeczeństwo oczekujące, pretensjonalne, któremu się należy. Górnikom daj dłoń a wezmą całą rękę. Od kilku dni strajkują rolnicy. Nie wiem nawet przeciw czemu, ważne, żeby strajkować.

Jestem tym zniesmaczony dlatego, że sam tak nie potrafię. Albo po prostu nie chcę. I czasami coraz bardziej tęsknię do końca świata.

Koleżanka z fejsbuka składa swojemu dwuletniemu synkowi życzenia urodzinowe na fejsbuku. Oczywiście, że dziecko nie umie czytać. Ale trzeba się wszystkim pochwalić, przypomnieć, że się ma dziecko. No dobra, lepsze już to dziecko niż kolejny nowy smartfon. Na raty.

wtorek, 20 stycznia 2015

Moje miasto, Trójmiasto

Nie jestem oczywiście z Trójmiasta i nie spędziłem w nim jeszcze na tyle swojego życia, żeby czuć się tutejszy, ale jestem tu już na tyle długo, żeby swoje zauważyć. To naprawdę specyficzne miejsce. Za chwilę wymienię kilka wydarzeń, które już na zawsze będą mi się kojarzyć z Trójmiastem. Zaznaczam, że nie brałem w żadnym z nich udziału.

1. Masowe podpalenia samochodów. Już co najmniej trzy razy słyszałem o takowych podpaleniach. Nigdy nie był to pojedynczy samochód. W 2014 roku w ten sposób żywot zakończyło grubo ponad sto samochodów. Oczywiście nie mam z tym nic wspólnego;)

2. Jak już jesteśmy przy samochodach to czas na codzienną informację dnia: Wypadek na obwodnicy. Bo obwodnica bez wypadku to jak tory kolejowe bez pociągu. Wypadek na obwodnicy nie zdarza się mniej więcej raz do dwóch razy w tygodniu. Dzień bez wypadku na obwodnicy to dzień stracony. W lecie jest mniej straconych dni, bo tłum z Warszawy pędzi nad morze. Zapotrzebowanie na nowe samochody nie ustaje, przemysł się kręci, Trójmiasto rośnie w siłę, a jego obywatelom żyje się lepiej.

3. Zapewne w żadnym innym mieście nie ma lepszego mola do przejażdżek samochodowych niż w Sopocie. Wykorzystał to pewien człowiek, skończyło się tym, że pół mola biegło za samochodem. Trochę jak w Benny Hillu, tylko mniej do śmiechu.

4. Napad Indian na pociąg. W roli prerii wystąpiły okolice magistrali kolejowej na pograniczu Gdańska i Sopotu. W role Indian wcielili się pseudokibice jednego z Trómiejskich klubów piłkarskich. Pociąg nie przewoził skarbów, a jedynie kibiców drużyny przeciwnej. Skarb kibica... W tymże wydarzeniu udziału nie brałem, choć brakowało około pół godziny a może bym się załapał. Nie daj Boże. Mimo to w dalszym ciągu uważam, że podróżowanie pociągiem jest bezpieczne.

piątek, 16 stycznia 2015

Skąd jesteśmy

Wieś Sokolna (nie znam), gmina Tarnówka (nie znam), powiat Złotów (nie znam), województwo Wielkopolskie (uff), udało mi się odtworzyć w pamięci (i z pomocą internetu) miejsce, z którego pochodzi jedna z koleżanek z pracy, obecnie już u nas nie pracująca. I nic w tej kwestii nie mam więcej do powiedzenia, oprócz tego, że koleżanka bardzo ładna i sympatyczne, oraz że imponują mi ludzie, którzy nie mają żadnych oporów z powiedzeniem, skąd naprawdę są, choćby to była wieś zabita dechami.

sobota, 27 września 2014

Przewrotna historia o spełnianiu się marzeń

Szymuś, bo tak wszyscy na niego i o nim mówili, miał ADHD. Swego czasu, to jest na początku lat dziewięćdziesiątych, ADHD nie było jeszcze tak "popularne" wśród rodziców jako sposób na wytłumaczenie nieraz nagannego zachowania swoich rozwydrzonych "pociech". Trudno powiedzieć, czy Szymuś był rozwydrzony. Wychowywała go matka, samotnie - nie wiadomo gdzie i kim był ojciec - i coraz trudniej było jej panować nad synem, być może też dlatego, że nie była nim specjalnie zainteresowana. Tak to bywa w rodzinach o dość patologicznych tendencjach. Szymon był pierwszy do alkoholu, pierwszy do papierosów i innych specyfików do palenia i wciągania, no i oczywiście był pierwszy do dziewczyn, mówiąc w slangu: dup. Ale miał też talent plastyczny i mimo wszystkich swoich nawyków był człowiekiem nadspodziewanie inteligentnym.

Zachowanie Szymona było w zasadzie naganne, bo już na początku gimnazjum palił, pił i zaliczał koleżanki. Dziś to już na nikim nie robi wrażenia, ale to było kilkanaście lat temu. O tym ostatnim dowiedziałem się wiele wiele później. Bardzo fascynował go popularny swego czasu program Jackass, którego uczestnicy prześcigali się w robieniu obrzydliwie i niesmacznie głupich rzeczy, a Szymon w niczym im nie ustępował. Założył się, że przebiegnie nago po rondzie (obecnie jeden z węzłów autostrady A4) i przegrał tylko dlatego, że nie zdjął butów; wbiegał nago do sklepów i autobusów - bardzo szybko odkrył w sobie ekshibicjonistę. Nie piszę już o innych numerach, dość odrażających, w bardzo jackassowym stylu - ale nigdy nie skierowanych przeciwko komukolwiek, mających jedynie na celu zwrócenie na siebie uwagi, bo taki właśnie deficyt uwagi Szymusiowi mocno musiał doskwierać. Szymon był jedną z niewielu osób, których się tak naprawdę nie obawiałem; mimo swojej nieprzewidywalności nigdy nie miał wobec mnie złych zamiarów. Tego nie mogłem swego czasu powiedzieć o każdym. No i udawało mi się czasami przemówić Szymonowi do rozsądku.

Minęło gimnazjum, skończyła się znajomość z Szymonem, spotkałem go na ulicy raz, może dwa razy i tyle. Minęło liceum i pięć lat studiów. Pomieszkałem w paru miastach i w końcu cztery lata po studiach Szymon nagle się do mnie odzywa, bo doznaje olśnienia, że mieszkam w Gdańsku a on chwilowo też. Znalazł mnie na fb po tym jak zamieściłem pewne zdjęcie z plaży w Jelitkowie. Proponuje spotkanie. Ja z jednej strony się trochę boję; trochę trąci to powrotem do pewnego zamkniętego etapu życia, etapu, którego nie mam ochoty z powrotem otwierać. Poza tym widzę Szymona na fb, jego imprezowe zdjęcia, i wiem, że wiele się nie zmienił, boję się, że może odstawić jakiś grubszy numer, nawet i niechcący, że wpakuję się przez niego w jakieś bagno. Ale z drugiej strony jestem ciekaw. Bardzo ciekaw. I nie mam ochoty się wykręcać. Raz się żyje. A człowiek, który nigdy nic złego mi nie zrobił nie zasługiwałby na takie potraktowanie.

Umawiamy się na stacji SKM, pod którą Szymon podjechał samochodem. Biorę butelkę ginu kupioną jeszcze rok temu w Holandii, w końcu nie będziemy o suchym pysku gadać a sam tego wypijać nie chcę. Wsiadamy w jakąś starą chyba Toyotę na - wiedzieć nie wiedzieć czemu - legnickich tablicach. Krótka jazda przez osiedle zmienia się w dłuższą jazdę osiedlowymi zaułkami, bo Szymuś gdzieś wypatrzył coś na niebieskim sygnale - więc trzeba unikać jak ognia, jeśli się jeździ bez prawa jazdy tylko z dwoma czeskimi dokumentami na cudze nazwiska i może trochę podobne czeskie twarze oraz z podstawową znajomością języka czeskiego. Jest to jazda z prędkością dającą stuprocentowe szanse na zabicie przypadkowo napotkanego pieszego, ale i tak uważam, że na piechotę dotarłbym szybciej.

Szymuś nie ma stałego miejsca zamieszkania. W lecie mieszka w Gdańsku, w zimie w Zakopanem - można by powiedzieć: szczęściarz. Jego obecne życie to jest właśnie to, co sobie wymarzył dawno dawno temu. Mieszka z kilkoma dziewczynami - mam okazję zobaczyć tylko jedną z nich, dziewczynę Szymona - i nadal pozostaję w przekonaniu, że w kwestii kobiet mamy dość odmienna gusta. Reszta dziewczyn stroi się do pracy w pokoju obok. No właśnie...

Kimże to Szymuś został po tylu latach?


O tym, jak wyglądało jego życie po skończeniu gimnazjum nie miałem zielonego pojęcia. Teraz mogłem się dowiedzieć, że spędzał bardzo krótkie okresy w różnych zawodówkach i po kilku próbach ostatecznie skończył jako szeregowy "operator łopaty" przy budowie torów, z tym tylko że pracował na nocne zmiany, gdzie lepiej płacili. Jego życie musiało być dość upojne, zwłaszcza alkoholowo, bo pewnego dnia porozsyłał swoje CV na rozmaite stanowiska nie wyłączając prezesów i dyrektorów banków. Musiał się przy tym nieźle bawić, ale nieźle mogli się bawić zapewne również rekruterzy. Z wyjątkiem jednego, który wziął szymusiowe CV na poważnie. Pojechał więc skacowany biedaczyna z Katowic do już dość odległego Rybnika na rozmowę na stanowisko jakiegoś kierownika - nie za bardzo wiedząc na kierownika czego, więc intuicja podpowiadała mu, że kierownika sklepu, toteż za takowym się rozglądał i nie mogąc pod wskazanym adresem żadnego znaleźć - zadzwonił, żeby się upewnić. Proszę spojrzeć do góry, na baner.

Klub GoGo.

- Chłopaki, nie zgadniecie, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej...

Prawdziwa konsternacja była, gdy po niedługim czasie do Szymusia zadzwoniono i oznajmiono, że został jednym z trzech kandydatów, którzy zostali zakwalifikowani do ostatniego etapu rekrutacji. Tym razem już rozmowa z właścicielem klubu, który sprawę stawia jasno: klub ma zarabiać kasę. I dwa pytania, które pokazują całą prawdę o klubach nocnych: jedna z dziewczyn ma okres i nie chce dzisiaj pracować a sytuacja kadrowa jest słaba - przekonaj ją żeby zmieniła zdanie; klient skorzystał z usług i nie ma jak zapłacić - co robisz? Potem dostajecie parę stówek i idziecie się do klubu zabawić a potem mówicie mi, co byście w klubie poprawili.


- Chłopaki, nie zgadniecie...

Tak, Szymuś został managerem w klubie nocnym. Był w klubie nocnym managerem dziennym, bo miał zbyt dużą słabość do dziewczyn, w slangu: dup; inny z rekrutowanych kolegów został w tymże klubie nocnym managerem nocnym, ale wkrótce i on się wykruszył a Szymuś został managerem całodobowym z dzienną dawką snu do pięciu godzin.

Wychylamy po drugiej rundce ginu z tonikiem, ja nalewam, żeby mieć gwarancję, że mój będzie oszukiwany. Nie oszukujmy się, nie chcę skończyć dziś na chodniku. - Twój jest oszukiwany - zarzuca mi Szymuś - Ale wiesz, że ja nie mam takiej mocnej głowy. Szymuś wciąga kreskę, bardzo zachwala, nalega, żebym spróbował. Po tym w ogóle nie jest się pijanym, czy widać po mnie, żebym był naje***? Faktycznie nie widać, ale ja jeszcze nie słyszałem o takim specyfiku co by był cudowny na wszystko i wolę go nie poznawać. Szymuś po drugiej nieudanej próbie już nie nalega. Za to go szanuję. Okna odsłonięte, zapewne widzi nas nie tylko ogromny rasowy kot, ale każdy kto zgasi w sąsiednim bloku światło i dokładnie się przyjrzy.


Ten klub nazywał się Cocomo.

Dalej się tak nazywa, ale Szymuś już tam nie pracuję. Raz się jest nad kreską a raz pod. Za co wyleciał? Najpierw odpowiada mi pytaniem: a jak myślisz? potem wikła się w jakieś inne opowieści o starszym ochroniarzu, któremu się nie podobało, że ktoś o wiele młodszy od niego rządzi klubem. W szczytowym momencie Szymuś ogarniał kilka klubów jednocześnie, wszystko na telefon. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Albo, w przypadku Szymona, o dupy.

To coś nazywa się amfetamina. Daje wrażenie większej tolerancji alkoholu. Po jakimś czasie następuje zejście, czyli przeciwna strona sinusoidy. Szymuś jest dziś po tej lepszej stronie. Pomaga innym, choć nie bezinteresownie, w osiąganiu szczytu sinusoidy i wcale się z tym przede mną nie kryje.

Szymuś obiecuje, że wpadniemy na chwilę do klubu. Przestaję liczyć na powrót do domu przed pierwszą. Na razie oglądamy zdjęcia z podstawówki i gimnazjum, Szymuś omawia wszystkie nasze koleżanki, po których się takich rzeczy nawet nie spodziewałem. Omawia pod kątem ich zaliczenia. Wtedy żyłem w trochę innym świecie. Ale dzisiaj jakoś wcale tego nie żałuję. Potem wracamy do szymusiowego życiorysu, którego nie sposób sobie wyobrazić bez pracy w roli barmana. W pracy barmana ważne jest, żeby przyciągać klientów. Najłatwiej udaje się to, gdy za barem siedzi kilka atrakcyjnych dziewczyn, do których można puścić oko, zagadać. Co jednak jeśli jest sam jeden Szymuś? Jak się okazuje, to nie przeszkadza. - Tu niestety nic się nie dzieje, ale jak się ze mną napijecie, to wam powiem, gdzie się można nieźle zabawić. Kto zna Szymusia ten wie, że trudno się oderwać od jego towarzystwa. Potem są zawody: klienci zakładają się z barmanem, że go upiją. Klient płaci, barman pije. Interes się kręci a wszyscy bawią się przednio. Bystry chłopak.

W końcu wpadają Szymusia koledzy, trzech, z wyglądu zagorzali ambasadorzy Sopotu, niekoronowani cesarze Monciaka, nieustępliwi sułtani klubów nocnych. Gdyby to nie byli znajomi zaufanego kolegi to nie specjalnie miałbym ochotę ich poznawać. Jeden z wyglądu jak bandyta, drugi jak napaleniec-gwałciciel i tylko trzeci nie zwraca na siebie szczególnej uwagi. Ale to w końcu swoi byli, swoi w pewnym sensie, dzięki szymusiowemu pośrednictwu. Wybierają się na laski, najpierw oczywiście następuje omówienie najnowszych anonsów na Odlotach. Potem wsiądziemy w Audi, za kierownicą siądzie lekko naćpany kolega, z tych nie rzucających się w oczy, i pojedziemy do Sopotu odwiedzić Szymusia dziewczyny.

Pewnego razu dziewczyny przyszły do mnie i poprosiły: Szymon, weź nam jakiś klub ogarnij. I tak się to zaczęło. Szymuś mieszka z grupką striptizerek, których jest managerem, i organizuje im występy w klubach w różnych miejscach w Polsce. I tylko bardzo boli go, że wszystkie te fajne dupy pracują tam, gdzie jego dziewczyna, przez co nie może ich wszystkich tak łatwo przelecieć, a bardzo by chciał. Ale tak sumie to nie to jest jego największym problemem. Chciałby być singlem, czego też mi zazdrości, ale bardzo boi się samotności. Wydaje się, że panicznie. Boi się, bardzo wielu rzeczy: pająków, globalnej epidemii ebola, spiskowej teorii dziejów, boi się, że pewnego dnia nie będzie miał za co żyć. Dlatego pije. Żeby przestać myśleć. I tak naprawdę nie wiem, czy jest szczęśliwy. Jego marzenia się spełniają. Moje też się spełniają. Każdy ma takie marzenia, jakie sobie wymarzył.

W klubie panuje półmrok przesycony czerwonym światłem. Na środku dwie rury, wokół których wiją się w mniej lub bardziej interesujący sposób dziewczyny zaczynając w dwóch - w porywach trzech - częściach garderoby pozostawiając w końcu na sobie tylko jedną. Scenariusz wciąż ten sam i tylko dziewczyny się zmieniają - trochę za często. Powinno być na wstępie trochę więcej garderoby. Wejście kosztuje pięć dych, ja nic nie płacę, bo jestem szymusiowym młodszym kuzynem, który przyjechał na wakacje do Sopotu i trzeba mu pokazać odrobinę życia nocnego. Po jednej stronie sceny bar, po drugiej loże w których zasiadają już nieco starsi ode mnie panowie ceniący sobie towarzystwo młodych skąpo ubranych dziewczyn, którym będą stawiać szatańsko drogie drinki i tak naprawdę nic w zamian nie dostaną oprócz chwili, w której poczują się atrakcyjni, pożądani i może  choć odrobinę mniej samotni.

Cały świat kręci się wokół niezaspokojonej potrzeby akceptacji


... i na tym chyba skończymy.







niedziela, 14 września 2014

Pendolino

Wpis zaczyna się niewinnie od wyjazdu rowerowego. W piątek trzeba się urwać z pracy trochę przed czasem i pojechać na dworzec do Gdyni by załapać się na pociąg w kierunku północnym. I tu jest koniec żartów. Bo oto wraz z obładowanym rowerem wyjeżdżam windą na peron w Gdyni. A tam stoi najprawdziwsze Pendolino. Stoi i szczerzy na mnie swój spłaszczony pysk. Wygląda jak jakiś wąż błotny. Nie wiem, czemu mi się z błotnym skojarzyło. Może jednak błoto jest tu jakoś na rzeczy. A do węża stoi kolejka, można by rzec: wężyk ludzi. Upewniam się, że oni tu stoją w kolejce do zwiedzania (no chyba na nic innego nie liczyłem). Pendolino nowiutkie, na podłodze leży jeszcze gdzieniegdzie foliowa okładzina.

Tyle było by tej dygresji. Teraz do rzeczy: kilka godzin wcześniej wdrapywałem się po schodach wraz z dwudziestokilowym rowerem i piętnastoma kilogramami bagażu. I jeszcze jedna podróż w przeszłość: na wiosnę tego roku niemałym zapewne kosztem wybudowano na stacji windę. Od co najmniej dwóch tygodni wisi tylko karteczka: Awaria windy. Gdybym miał długopis to bym dopisał "To kurwa naprawcie" ale nie miałem i mi przeszło. Naszła mnie refleksja na widok tego całego Pendolino i jego pokrytych folią podłóg. Że w tym kraju nic nie jest w stanie się długo ostać. Ile to już razy widziałem jak ludzie w sile wieku zamiast zejść po schodach pakują się w windę, która wiezie ich cztery metry do dołu tudzież do góry. Inwalidzi wojenni. Nie widzą schodów? Pewnie trzeba napisać: wstęp tylko dla osób upośledzonych ruchowo, osób z ciężkim bagażem lub osób upośledzonych umysłowo. To ostatnie na pewno by podziałało. A może po prostu windę sprytnie wyłączono zasłaniając się awarią. Tak "zakonserwowana" winda będzie przecież mogła "służyć" latami. Albo po prostu (i to kolejny polski scenariusz) przy organizacji przetargu działały jakieś nadprzyrodzone siły.

Może lepiej niech Pendolino będzie tylko do zwiedzania, najlepiej tylko pod okiem panów ochraniarzy, którzy przed wejście sprawdzą, czy mamy odpowiedni strój, aby byle kogo do środka nie wpuścić. Jakiegoś niepełnosprawnego umysłowo człowieka.

Dzisiaj zdarzyła się okazja jechać z takowym w pociągu. Człowiek koło pięćdziesiątki, elegancko ubrany, spokojnie i kulturalnie dymi sobie papierosem w przedziale rowerowym, gdy nagle zostaje brutalnie zaatakowany przez nachalnego rowerzystę, który domaga się, aby ten przestał palić. Elegancki człowiek w lakierkach, czarnej koszuli wciągniętej w spodnie jest bardzo wzburzony i grozi, że pobije rowerzystę i dodaje, że ma pierwszą grupę inwalidzką na głowę. To też brzmi jak groźba. Czytaj: jestem oficjalnie uznany za wariata i mogę was wszystkich pozabijać i nic mi nie zrobią. Ktoś uczynił wielką krzywdę społeczeństwu dając temu człowiekowi żółte papiery. Z posiłkami przychodzi mu inny człowiek w podobnym wieku, zapewne też z pierwszą grupą inwalidzką (również na głowę), tylko nieudokumentowaną, twierdząc, że wozimy swoje rowery za ("nasze") pieniądze podatników. Oczywiście, będąc centrum wszechświata trudno dopuścić do siebie myśl, że ktokolwiek poza nami płaci w tym kraju podatki. Temu człowiekowi trudno było. A będąc centrum wszechświata, każdy z nas z osobna, zajedziemy każdą windę a Pendolino będzie jeszcze bardziej bez sensu, niż kiedykolwiek było.  

sobota, 26 kwietnia 2014

kanonizacyjny orgazm

Kanonizacja papieży. Atmosfera, która jak żywo przypomina mi odpust przy moim parafialnym kościele - stragany z wszelkiego rodzaju cukierkami, pistoletami petardami, piszczałkami, balonikami... Masowa sprzedaż śmieci ludziom idącym/wracającym z kościoła. Do Rzymu zjechało się nie wiem nawet ilu pielgrzymów. Będą brać udział w mszy kanonizacyjnej. Przyjechali by poczuć magię miejsca i świętość chwili. Będą się zapewne narkotyzować w oparach świętości. Nie zaszkodzi też sobie podbudować ego, bo przecież co to nie ja, byłem na kanonizacji papieża. Burmistrzowi Rzymu już na tyle odbiło, że uznał, że Rzym stał się stolicą świata. Nie wziął pod uwagę opinii paru miliardów innych ludzi oraz moich skomplikowanych wyliczeń, z których wynika, że blok numer 11 w Gdańsku, gdzie aktualnie mieszkam, jest pępkiem świata.

Każdy musi się dorobić. Zalew gadżetów z Janem Pawłem II niemalże jako ikoną popkultury. Kiedyś Żydzi zrobili sobie posąg złotego cielca i oddawali mu cześć. Teraz Polacy nastawiali pomników papieża. Tak, pomników papieża. Bo nie są to pomniki postawione papieżowi, tylko pomniki papieża postawione samym sobie przez ich fundatorów. Papieżowi te wszystkie pomniki są po ch... potrzebne, tak samo jak ta cała kanonizacja. "Wybudować pomnik, najlepiej papieżowi, trzeba być mądrym, każdy mądry tak zrobi" rapował 52 Dębiec w utworze "Powiem".

Rozumiem, że ważnym osobom stawia się pomniki. Dlatego papież ma ich w Polsce ponad 600 - można w ciemno założyć, że w każdym powiecie jest co najmniej jeden. Nie pytam, ile kosztuje każdy taki egzemplarz. To nie ważne jest. 600 to zdecydowanie za mało, powinien być w każdej gminie. I każdą ulicę Jana Pawła II koniecznie przemianować na Świętego Jana Pawła II. Ważne, żeby państwo nie wzięło na siebie kosztów zmiany dowodów osobistych obywateli. Bo i dlaczego? Jest przecież rozdział państwa od Kościoła. Niech oni sami za to zapłacą. Zaraz się okaże, że Polacy obalą Kościół Katolicki szybciej niż Ukraińcy Janukowycza na Majdanie.


Gazeta Fakt, czyli kawałek papieru zadrukowany farbą drukarską, załącza jakiś kolejny gadżet z Janem Pawłem II i pyta, kto jest wrogiem świętości papieża. No ja jestem wrogiem przecież, właśnie się ujawniłem pisząc powyższe. Głupota się zmaterializowała. O której to dokładnie godzinie papież będzie jutro święty? Z wypowiedzeniem którego słowa? A może mocą podpisania jakiegoś papierka? Kanonizacyjna szopka. Kanonizacjada. Santo subito. Chcemy żeby był świętym, tylko trzeba znaleźć cud. Jest skazany, trzeba tylko znaleźć winę. To chyba odwrotnie powinno być, nie? Mamy cud, więc jest kanonizacja. Tylko mnie się teraz nasuwa bardzo ale to bardzo poważna refleksja: czyją mocą został dokonany ten cud? "Trzeba pamiętać, że rzeczy niezwykłe, spektakularne (w tym również pozorne uzdrowienia) mogą się dokonywać mocą demonów" pisze portal o nazwie milujciesie.org.pl. Nazwa portalu co najmniej bezczelna.

No właśnie, a co jeśli dokonane za sprawą Jana Pawła II uzdrowienie tak naprawdę było dziełem jakiegoś demona? Ale nie, bo przecież papież jest papieżem. I można na nim zbić kapitał. Tonący w morzu pedofilii, umiłowania władzy i bogactwa Kościół koniecznie musi zwrócić na siebie uwagę świata niczym Doda wyczyniająca skandale, byle tylko o niej media pisały. Pokazać się na chwilę z jakiejś strony. Nieważne, że się ośmieszają. Tak ogłupili swoich wyznawców, że ci na to lecą. Uzdrowienia za pomocą demonów są zarezerwowane dla bioenergoterapeutów i innych przedstawicieli medycyny niekonwencjonalnej, gdyż nie są przedstawicielami Kościoła Katolickiego. Gdyby przedstawiciele szanującej się instytucji p.t. Kościół Katolicki nie wiedzieli, w jaki sposób działa tabletka przeciwbólowa, głosili by, że ból minął za pomocą jakiejś szatańskiej sprawki. Ważne żeby to, czego nie rozumiemy i boimy się, piętnować, ścigać i palić na stosie.


Swoją drogą, bardzo ciekawi mnie jak wygląda "pozorne" uzdrowienie. Że niby co, wydaje mi się, że przestało mnie boleć kolano, wydaje mi się, że widzę ostro bez okularów? I bardzo mnie boli, że pod artykułem nie można dodawać komentarzy. Czy na ten ból jest jakaś tabletka?

sobota, 18 stycznia 2014

Wilk, babcia i jeleń.

Pluszowe przytulanki są różne, ale te z Ikei kładą mnie na kolana. Pan Brokuł jest już klasykiem, do spółki z panią/panem Marchewką (ach ten gender), przyszedł więc czas na coś nowego. Jest wilk. Nie będę się rozpisywał, żeby opisać wilka, bo po co, skoro znalazłem go w internecie:

http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/40247575/

Jak widać, wilk wyposażony jest w babcię. W tym miejscu babcia mogłaby się wydać jakąś kolejną pluszową zabawką wilka (taka matrioszka: zabawka, co sama ma zabawkę, a ta zabawka znowuż też ma zabawkę i tak dalej), ale to, czego nie widać w internecie, rzuca się w oczy w sklepie. Wilk i babcia nawiązują do bajki o Czerwonym Kapturku. Bo oto patrzę: na kupie pluszowych zabawek leży wilk, a z pyska coś mu wystaje. Patrzę, zaczynam wyciągać, a tu babcia. Siedziała w pysku wilka i tylko ręka wystawała. Patrzę dalej, a tu wilk ma rozpinaną koszulę. Gdy ten całkiem połknie babcię, można ją wyjąć wilkowi niejako z brzucha. W takim razie trochę dziwi mnie, że Ikea nie zrobiła do tej pory pluszowego myśliwego, który rozprułby wilkowi brzuch i uratował babcię. Była by przednia zabawa. Chyba tylko dlatego, że taki myśliwy, żeby nie tracić autentyczności, musiałby być wyposażony w strzelbę, która by do tego strzelała. Ale Ikea nie chce skandalu. Może i dobrze.

A gdzie jeleń?

Ano w lesie, po drodze do Ikei, w towarzystwie dwóch saren. Po prostu P I Ę K N Y. Chyba nie byłby ze mnie dobry myśliwy... Może i dobrze.

sobota, 11 stycznia 2014

Reklama w bankomacie

Do tego, że w oczekiwaniu na wybranie z bankomatu pieniędzy oglądam na wyświetlaczu reklamy, już się zdążyłem przyzwyczaić. Ale kompletnie zaskoczony byłem, gdy razem z banknotem bankomat wydał mi ulotkę reklamową. Stałem z tym jak wryty. Na szczęście ulotka nie była substytutem banknotu, ale mimo wszystko. No tak, po co mają ludzie stać na ulicach i wciskać ludziom ulotki, kiedy może to robić automat. Tanio i skutecznie.


Reklama ostatnio zawędrowała do publicznych ubikacji oraz na baseny, w okolice suszarek. Gdzie jak gdzie, ale tam człowiek patrzy na nie, bo nie ma na co innego patrzeć, bądź siedzi w zadumie. To czemu nie miałby sobie popatrzeć na reklamę. Jest wszędzie tam, gdzie najmocniej działa na odbiorcę. Na podstawie statystyk zakorkowania dróg wyznacza się ceny za powierzchnię na billboardach. Tam gdzie kierowcy stoją w korkach, tam reklama więcej kosztuje.

Ludzie, nie chodźcie do lasu, a jak już chodzicie, to się z tym nie obnoście. Bo się skończy tak, że i na drzewach będą reklamy.

czwartek, 2 stycznia 2014

Słów parę o muzyce - Johanna Kurkela

Na nieformalnym spotkaniu z jednym z marketing managerów bardzo liczącej się wytwórni płytowej padło pytanie o to, jakie czynniki decydują o tym, że promuje się tego konkretnego artystę, a nie innego. Otóż decyzja ta pochodzi z góry, bynajmniej nie od Boga, ale od jakiegoś wyżej postawionego człowieczka, który wymaga, żeby skoncentrować się w szczególności na promocji np. Justina Biebera czy Miley Cyrus. Nie wiadomo zatem tak na prawdę, jakie czynniki determinują sukces. Wiadomo tylko, że jeśli niżej postawieni bardziej lokalni menadżerowie nie zaangażują się dostatecznie w całe przedsięwzięcie, to zaangażuje się w tym celu innych. Idą za tym takie pieniądze, że z przeciętnego artysty można zrobić gwiazdę, która nawet nie musi specjalnie ilościowo ani jakościowo śpiewać. Wystarczy, że od czasu zszokuje ludzi lizaniem młotka i huśtaniem się nago na... no właśnie... wpiszcie sobie na Google Grafika "kula do burzenia budynków".

Powoli zacząłem mieć dość słuchania w kółko tej samej muzyki puszczanej w radiu. Prawie zawsze po angielsku, prawie zawsze o tym samym. W tym przypływie przerażenia i paniki sięgnąłem najdalej, jak się chyba dało bez opuszczania Europy i zacząłem przeszukiwać fiński rynek muzyczny z naciskiem na artystów śpiewających po fińsku. Żeby się wreszcie skupić na muzyce, a nie na słowach. Po dwóch pierwszych próbach z fińskim hip-hopem (d**y jakoś nie urywa, ten język się do tego po prostu nie nadaje) trafiłem na Johannę Kurkelę (Johanna Kurkela - odmieniać to czy nie odmieniać?) i mało, że się zakochałem w muzyce, to jeszcze prawie w dziewczynie. Bo tu nagle skromna dziewczyna (nie jakaś tam wymalowana majli lala) śpiewa pięknym i czystym głosem piosenki, które nie eksplodują efektami specjalnymi, nie przyspieszają akcji serca, tylko spowalniają. Johanna zapewne nigdy w życiu nie wystąpiła by nago na żadnej kuli ani nie lizała by młotka, żeby podbić ilość wejść na YouTuba ("te, zobacz, bardziej kretyńskiego teledysku chyba nie widziałeś"). W Polsce jest znana co najwyżej osobom ściśle zainteresowanym. Szkoda, bo wolę oglądać ją niż Lady Gagę. Ale przede wszystkim słuchać.

niedziela, 29 grudnia 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Coroczny świąteczny spacer po raz kolejny zaprowadził nas w miejsce, gdzie tereny PKP zarastają roślinnością drzewiastą, gdzie nieużywane od lat szyny padają łupem złomiarzy. Ale o ile to jest normalna, naturalna a być może i pożądana kolej rzeczy, bo po co mają szyny rdzewieć jak można je wtórnie przerobić, i po co ma kilkadziesiąt (?) hektarów świecić pustką, skoro może produkować tlen, o tyle zdecydowane NIE mówię wyrzucaniu tam śmieci. Wiem, że ten teren wygląda nieestetycznie (ruiny kolejowej zabudowy), ale to nie jest żadne usprawiedliwienie.

Wśród sterty śmieci, a właściwie na samym jej wierzchu leży praca licencjacka autorstwa pani Anny Lenart (równolegle widnieje również nazwisko Kostka; zapewne w związku z zawarciem związku małżeńskiego) zamieszkałej najprawdopodobniej w Orzeszu, gdyż praca licencjacka (datowana na czerwiec 2013) zatytułowana jest "Podatki i Opłaty Lokalne Gminy Orzesze", natomiast Orzesze jest oddalone od miejsca wyrzucenia śmieci na tyle daleko, że można powiedzieć, że to już nie nasze podwórko. Nie czytałem tej pracy, ale domyślam się, że w Orzeszu sporo płaci się za wywóz śmieci. Poza tym "praca" zawiera pewne informacje na temat jej autorki lub kogoś z jej rodziny.

Praca została napisana na WSBiF w Katowicach pod kierunkiem prof. K. Znanieckiej. Są też podane jakieś inne namiary, jak np. numery 798-879-285 (po wybraniu numeru włącza się poczta głosowa Orange; spróbuję jutro o wcześniejszej porze) oraz 32-33-61-072 (jak nic numer stacjonarny).

Jeśli ktoś wie coś na ten temat, chętnie się z nim skontaktuję. Niech się ludzie chociaż nauczą chronić swoje dane osobowe.

czwartek, 31 października 2013

Halloween

Halloween w korporacji. Oczywiście, wiadomo, że w korporacji nie może być Święta Zmarłych. Już nawet mniejsza o to. Ludzie zachęceni odgórnym pozwoleniem/zaleceniem przebierają się za jakieś straszydła, dziwadła, zakładają maski i takie tam. Sam manager w roli Śmierci, przeganiany przez przebranego za Dobrą Wróżkę kolegę z helpdesku: "Odejdź!" Z głośników w suficie rozlega się złowrogie krakanie wron, bicie kościelnych dzwonów, później już nawet odgłosy zombie i mordowanych ludzi. W ich takcie księgujemy faktury, dzwonią klienci... Farsa.