Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2015

O strachu pokonywaniu i o snach trochę

Manager naszej firmy napisał na swoim blogu na temat strachu. Ale trochę zszedł z tematu. Mnie za to naprowadził na ten temat. Jeszcze o tym explicite nie pisałem. Aż trudno mi w to uwierzyć. Strach towarzyszył mi od bardzo dawna i zdecydowanie za długo.

Pamiętam, że bałem się wysokości, pamiętam tę wycieczkę na wieżę jasnogórskiego klasztoru. Nie wiem, czemu się bałem. Bo na drzewa się wspinało i jakoś mnie to nie przerażało. Ale tamte schody to jak jakaś półka skalna a w dole przepaść. Może chodziło o to, że z drzewa nie widać tego, co jest na dole. Za dużo gałęzi. Nie wiem.


Prawie niczym traumę pamiętam pewien ciągle powtarzający się sen z dzieciństwa. Sen powtarzający się notorycznie (z ang. notorious - cieszący się złą sławą) w równych konfiguracjach. Schody. Najczęściej nad jakimiś przepaściami, pełne dziur, wyrw, przerw, bez barierek, wąskie, drabiny, znowu przepaście, nie budzące zaufania klatki schodowe, trójwymiarowe labirynty. I ciągłe wchodzenie po tych schodach. Wtedy myślałem, że to jakaś alegoria mojego życia, ciągłe pięcie (pnięcie?) się do góry. Teraz bym powiedział, że pięcie się do góry mnie nie kręci.

Ten sen zniknął, nie pojawia się już więcej od bardzo niepamiętnie dawna. Zamiast tego jest inny, piękny. Jest odwieczny sen człowieka o lataniu. O byciu lekkim jak piórko i o wyłapywaniu każdego najmniejszego podmuchu. O unoszeniu się, szybowaniu, oglądania świata oczami ptaka. Jak bohater Birdmana, filmu dość surrealistycznego. Ale mój lot jest bardzo realistyczny, tak realistyczny, że czasami nawet zdarza mi się we śnie pomyśleć: nie, tym razem to nie jest sen, tym razem pływam na prawdę. Co ja mówię... latam.

No właśnie... pływać długo nie potrafiłem się nauczyć. To był jakiś wewnętrzny opór, psychologiczna bariera. Nie żebym się bał wody. Raczej tego, że nie czuję dna. I wtedy przyszedł sen. Nie muszę chyba pisać, co to był za sen. Ważne, że przyszedł parę razy i niedługo potem pokonałem strach przed przepłynięciem basenu, bez żadnych asekuracji, na głębokiej wodzie. To uczucie było piękne. To było uczucie nieśmiertelności.


Jakieś dwa lata temu postanowiłem, że przestanę się bać.

Kiedyś było coś, co mnie przerażało. Jakiś nieopisany (chyba?) przez psychologię albo i nawet przez psychiatrię lęk. Lęk przed miejscami, które odwiedziłem. Pojawiał się zawsze wieczorem w dniu, w których byłem w jakimś miejscu, najczęściej troszkę dalej od ścisłej cywilizacji. Wraz z myślą o odwiedzonym wcześniej miejscu pojawiał się strach przed tym miejscem. Coś jakbym strach odczuwał z opóźnieniem czasowym. Może była jakaś spóźniona refleksja na temat niebezpieczeństw, jakie mogły mnie tam potencjalnie spotkać. Ale nie spotkały. Ten lęk towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa. Teraz mi nie towarzyszy. Może dlatego, że nie mam czasu myśleć nad tym. Może dlatego, że uznałem (trochę na przekór rodzicom), że jakbym miał się bać, że coś mi się przytrafi, to musiałbym nie wychodzić z domu.

Postanowiłem więc, że przestanę się bać. Postanowiłem, że życie moje spędzę na życiu a nie na umieraniu. Zacząłem coś jakby robić swojemu strachowi na złość. Miejsca, których się zawsze bałem, różne poprzemysłowe ruiny zaczęły mnie pociągać. Burzy też się przestałem bać. Ale to już jakiś czas przedtem. Bo zaczęła mnie fascynować. Domniemany lęk wysokości zabiłem. Obyło się baz ofiar. Do parku linowego na jakąś dość ekstremalną trasę poszedłem głównie dlatego, że się bałem. Jeśli teraz się nie odważę to już zawsze będę się bał. To samo myślałem, gdy w nocy wjeżdżałem rowerem do ciemnego lasu na kręty zjazd, przedtem już porządnie nastraszony przez dziki. Jeśli teraz się nie odważę, to już zawsze będę się bał.

Potem było spanie na dziko w lesie bez namiotu. W ciepłą letnią noc. Kilkadziesiąt metrów od plaży. Lot samolotem.  Potem było wszystko, co zawsze chciałem zrobić, ale zawsze się bałem. Drobiazgi. Jazda na rowerze bez trzymania kierownicy. Drobiazgi. Ale jak zmieniały moje życie. Pewne granice zaczęły znikać.

Jeśli się czegoś boisz zrobić, zrób to tylko dlatego, że się boisz. Och, iluż jeszcze rzeczy się niepotrzebnie boję. Chyba tylko po to, żeby było w życiu jeszcze co pokonywać. Odwaga nie jest cechą charakteru. Odwaga jest stanem, jaki się doświadcza.

Swoich latających snów się nie obawiam, nie boję się, że pewnego dnia przestanę się bać i uwierzę, że potrafię latać - w moich snach zawsze startuję z ziemi...

sobota, 27 września 2014

Przewrotna historia o spełnianiu się marzeń

Szymuś, bo tak wszyscy na niego i o nim mówili, miał ADHD. Swego czasu, to jest na początku lat dziewięćdziesiątych, ADHD nie było jeszcze tak "popularne" wśród rodziców jako sposób na wytłumaczenie nieraz nagannego zachowania swoich rozwydrzonych "pociech". Trudno powiedzieć, czy Szymuś był rozwydrzony. Wychowywała go matka, samotnie - nie wiadomo gdzie i kim był ojciec - i coraz trudniej było jej panować nad synem, być może też dlatego, że nie była nim specjalnie zainteresowana. Tak to bywa w rodzinach o dość patologicznych tendencjach. Szymon był pierwszy do alkoholu, pierwszy do papierosów i innych specyfików do palenia i wciągania, no i oczywiście był pierwszy do dziewczyn, mówiąc w slangu: dup. Ale miał też talent plastyczny i mimo wszystkich swoich nawyków był człowiekiem nadspodziewanie inteligentnym.

Zachowanie Szymona było w zasadzie naganne, bo już na początku gimnazjum palił, pił i zaliczał koleżanki. Dziś to już na nikim nie robi wrażenia, ale to było kilkanaście lat temu. O tym ostatnim dowiedziałem się wiele wiele później. Bardzo fascynował go popularny swego czasu program Jackass, którego uczestnicy prześcigali się w robieniu obrzydliwie i niesmacznie głupich rzeczy, a Szymon w niczym im nie ustępował. Założył się, że przebiegnie nago po rondzie (obecnie jeden z węzłów autostrady A4) i przegrał tylko dlatego, że nie zdjął butów; wbiegał nago do sklepów i autobusów - bardzo szybko odkrył w sobie ekshibicjonistę. Nie piszę już o innych numerach, dość odrażających, w bardzo jackassowym stylu - ale nigdy nie skierowanych przeciwko komukolwiek, mających jedynie na celu zwrócenie na siebie uwagi, bo taki właśnie deficyt uwagi Szymusiowi mocno musiał doskwierać. Szymon był jedną z niewielu osób, których się tak naprawdę nie obawiałem; mimo swojej nieprzewidywalności nigdy nie miał wobec mnie złych zamiarów. Tego nie mogłem swego czasu powiedzieć o każdym. No i udawało mi się czasami przemówić Szymonowi do rozsądku.

Minęło gimnazjum, skończyła się znajomość z Szymonem, spotkałem go na ulicy raz, może dwa razy i tyle. Minęło liceum i pięć lat studiów. Pomieszkałem w paru miastach i w końcu cztery lata po studiach Szymon nagle się do mnie odzywa, bo doznaje olśnienia, że mieszkam w Gdańsku a on chwilowo też. Znalazł mnie na fb po tym jak zamieściłem pewne zdjęcie z plaży w Jelitkowie. Proponuje spotkanie. Ja z jednej strony się trochę boję; trochę trąci to powrotem do pewnego zamkniętego etapu życia, etapu, którego nie mam ochoty z powrotem otwierać. Poza tym widzę Szymona na fb, jego imprezowe zdjęcia, i wiem, że wiele się nie zmienił, boję się, że może odstawić jakiś grubszy numer, nawet i niechcący, że wpakuję się przez niego w jakieś bagno. Ale z drugiej strony jestem ciekaw. Bardzo ciekaw. I nie mam ochoty się wykręcać. Raz się żyje. A człowiek, który nigdy nic złego mi nie zrobił nie zasługiwałby na takie potraktowanie.

Umawiamy się na stacji SKM, pod którą Szymon podjechał samochodem. Biorę butelkę ginu kupioną jeszcze rok temu w Holandii, w końcu nie będziemy o suchym pysku gadać a sam tego wypijać nie chcę. Wsiadamy w jakąś starą chyba Toyotę na - wiedzieć nie wiedzieć czemu - legnickich tablicach. Krótka jazda przez osiedle zmienia się w dłuższą jazdę osiedlowymi zaułkami, bo Szymuś gdzieś wypatrzył coś na niebieskim sygnale - więc trzeba unikać jak ognia, jeśli się jeździ bez prawa jazdy tylko z dwoma czeskimi dokumentami na cudze nazwiska i może trochę podobne czeskie twarze oraz z podstawową znajomością języka czeskiego. Jest to jazda z prędkością dającą stuprocentowe szanse na zabicie przypadkowo napotkanego pieszego, ale i tak uważam, że na piechotę dotarłbym szybciej.

Szymuś nie ma stałego miejsca zamieszkania. W lecie mieszka w Gdańsku, w zimie w Zakopanem - można by powiedzieć: szczęściarz. Jego obecne życie to jest właśnie to, co sobie wymarzył dawno dawno temu. Mieszka z kilkoma dziewczynami - mam okazję zobaczyć tylko jedną z nich, dziewczynę Szymona - i nadal pozostaję w przekonaniu, że w kwestii kobiet mamy dość odmienna gusta. Reszta dziewczyn stroi się do pracy w pokoju obok. No właśnie...

Kimże to Szymuś został po tylu latach?


O tym, jak wyglądało jego życie po skończeniu gimnazjum nie miałem zielonego pojęcia. Teraz mogłem się dowiedzieć, że spędzał bardzo krótkie okresy w różnych zawodówkach i po kilku próbach ostatecznie skończył jako szeregowy "operator łopaty" przy budowie torów, z tym tylko że pracował na nocne zmiany, gdzie lepiej płacili. Jego życie musiało być dość upojne, zwłaszcza alkoholowo, bo pewnego dnia porozsyłał swoje CV na rozmaite stanowiska nie wyłączając prezesów i dyrektorów banków. Musiał się przy tym nieźle bawić, ale nieźle mogli się bawić zapewne również rekruterzy. Z wyjątkiem jednego, który wziął szymusiowe CV na poważnie. Pojechał więc skacowany biedaczyna z Katowic do już dość odległego Rybnika na rozmowę na stanowisko jakiegoś kierownika - nie za bardzo wiedząc na kierownika czego, więc intuicja podpowiadała mu, że kierownika sklepu, toteż za takowym się rozglądał i nie mogąc pod wskazanym adresem żadnego znaleźć - zadzwonił, żeby się upewnić. Proszę spojrzeć do góry, na baner.

Klub GoGo.

- Chłopaki, nie zgadniecie, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej...

Prawdziwa konsternacja była, gdy po niedługim czasie do Szymusia zadzwoniono i oznajmiono, że został jednym z trzech kandydatów, którzy zostali zakwalifikowani do ostatniego etapu rekrutacji. Tym razem już rozmowa z właścicielem klubu, który sprawę stawia jasno: klub ma zarabiać kasę. I dwa pytania, które pokazują całą prawdę o klubach nocnych: jedna z dziewczyn ma okres i nie chce dzisiaj pracować a sytuacja kadrowa jest słaba - przekonaj ją żeby zmieniła zdanie; klient skorzystał z usług i nie ma jak zapłacić - co robisz? Potem dostajecie parę stówek i idziecie się do klubu zabawić a potem mówicie mi, co byście w klubie poprawili.


- Chłopaki, nie zgadniecie...

Tak, Szymuś został managerem w klubie nocnym. Był w klubie nocnym managerem dziennym, bo miał zbyt dużą słabość do dziewczyn, w slangu: dup; inny z rekrutowanych kolegów został w tymże klubie nocnym managerem nocnym, ale wkrótce i on się wykruszył a Szymuś został managerem całodobowym z dzienną dawką snu do pięciu godzin.

Wychylamy po drugiej rundce ginu z tonikiem, ja nalewam, żeby mieć gwarancję, że mój będzie oszukiwany. Nie oszukujmy się, nie chcę skończyć dziś na chodniku. - Twój jest oszukiwany - zarzuca mi Szymuś - Ale wiesz, że ja nie mam takiej mocnej głowy. Szymuś wciąga kreskę, bardzo zachwala, nalega, żebym spróbował. Po tym w ogóle nie jest się pijanym, czy widać po mnie, żebym był naje***? Faktycznie nie widać, ale ja jeszcze nie słyszałem o takim specyfiku co by był cudowny na wszystko i wolę go nie poznawać. Szymuś po drugiej nieudanej próbie już nie nalega. Za to go szanuję. Okna odsłonięte, zapewne widzi nas nie tylko ogromny rasowy kot, ale każdy kto zgasi w sąsiednim bloku światło i dokładnie się przyjrzy.


Ten klub nazywał się Cocomo.

Dalej się tak nazywa, ale Szymuś już tam nie pracuję. Raz się jest nad kreską a raz pod. Za co wyleciał? Najpierw odpowiada mi pytaniem: a jak myślisz? potem wikła się w jakieś inne opowieści o starszym ochroniarzu, któremu się nie podobało, że ktoś o wiele młodszy od niego rządzi klubem. W szczytowym momencie Szymuś ogarniał kilka klubów jednocześnie, wszystko na telefon. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Albo, w przypadku Szymona, o dupy.

To coś nazywa się amfetamina. Daje wrażenie większej tolerancji alkoholu. Po jakimś czasie następuje zejście, czyli przeciwna strona sinusoidy. Szymuś jest dziś po tej lepszej stronie. Pomaga innym, choć nie bezinteresownie, w osiąganiu szczytu sinusoidy i wcale się z tym przede mną nie kryje.

Szymuś obiecuje, że wpadniemy na chwilę do klubu. Przestaję liczyć na powrót do domu przed pierwszą. Na razie oglądamy zdjęcia z podstawówki i gimnazjum, Szymuś omawia wszystkie nasze koleżanki, po których się takich rzeczy nawet nie spodziewałem. Omawia pod kątem ich zaliczenia. Wtedy żyłem w trochę innym świecie. Ale dzisiaj jakoś wcale tego nie żałuję. Potem wracamy do szymusiowego życiorysu, którego nie sposób sobie wyobrazić bez pracy w roli barmana. W pracy barmana ważne jest, żeby przyciągać klientów. Najłatwiej udaje się to, gdy za barem siedzi kilka atrakcyjnych dziewczyn, do których można puścić oko, zagadać. Co jednak jeśli jest sam jeden Szymuś? Jak się okazuje, to nie przeszkadza. - Tu niestety nic się nie dzieje, ale jak się ze mną napijecie, to wam powiem, gdzie się można nieźle zabawić. Kto zna Szymusia ten wie, że trudno się oderwać od jego towarzystwa. Potem są zawody: klienci zakładają się z barmanem, że go upiją. Klient płaci, barman pije. Interes się kręci a wszyscy bawią się przednio. Bystry chłopak.

W końcu wpadają Szymusia koledzy, trzech, z wyglądu zagorzali ambasadorzy Sopotu, niekoronowani cesarze Monciaka, nieustępliwi sułtani klubów nocnych. Gdyby to nie byli znajomi zaufanego kolegi to nie specjalnie miałbym ochotę ich poznawać. Jeden z wyglądu jak bandyta, drugi jak napaleniec-gwałciciel i tylko trzeci nie zwraca na siebie szczególnej uwagi. Ale to w końcu swoi byli, swoi w pewnym sensie, dzięki szymusiowemu pośrednictwu. Wybierają się na laski, najpierw oczywiście następuje omówienie najnowszych anonsów na Odlotach. Potem wsiądziemy w Audi, za kierownicą siądzie lekko naćpany kolega, z tych nie rzucających się w oczy, i pojedziemy do Sopotu odwiedzić Szymusia dziewczyny.

Pewnego razu dziewczyny przyszły do mnie i poprosiły: Szymon, weź nam jakiś klub ogarnij. I tak się to zaczęło. Szymuś mieszka z grupką striptizerek, których jest managerem, i organizuje im występy w klubach w różnych miejscach w Polsce. I tylko bardzo boli go, że wszystkie te fajne dupy pracują tam, gdzie jego dziewczyna, przez co nie może ich wszystkich tak łatwo przelecieć, a bardzo by chciał. Ale tak sumie to nie to jest jego największym problemem. Chciałby być singlem, czego też mi zazdrości, ale bardzo boi się samotności. Wydaje się, że panicznie. Boi się, bardzo wielu rzeczy: pająków, globalnej epidemii ebola, spiskowej teorii dziejów, boi się, że pewnego dnia nie będzie miał za co żyć. Dlatego pije. Żeby przestać myśleć. I tak naprawdę nie wiem, czy jest szczęśliwy. Jego marzenia się spełniają. Moje też się spełniają. Każdy ma takie marzenia, jakie sobie wymarzył.

W klubie panuje półmrok przesycony czerwonym światłem. Na środku dwie rury, wokół których wiją się w mniej lub bardziej interesujący sposób dziewczyny zaczynając w dwóch - w porywach trzech - częściach garderoby pozostawiając w końcu na sobie tylko jedną. Scenariusz wciąż ten sam i tylko dziewczyny się zmieniają - trochę za często. Powinno być na wstępie trochę więcej garderoby. Wejście kosztuje pięć dych, ja nic nie płacę, bo jestem szymusiowym młodszym kuzynem, który przyjechał na wakacje do Sopotu i trzeba mu pokazać odrobinę życia nocnego. Po jednej stronie sceny bar, po drugiej loże w których zasiadają już nieco starsi ode mnie panowie ceniący sobie towarzystwo młodych skąpo ubranych dziewczyn, którym będą stawiać szatańsko drogie drinki i tak naprawdę nic w zamian nie dostaną oprócz chwili, w której poczują się atrakcyjni, pożądani i może  choć odrobinę mniej samotni.

Cały świat kręci się wokół niezaspokojonej potrzeby akceptacji


... i na tym chyba skończymy.







niedziela, 14 września 2014

Pendolino

Wpis zaczyna się niewinnie od wyjazdu rowerowego. W piątek trzeba się urwać z pracy trochę przed czasem i pojechać na dworzec do Gdyni by załapać się na pociąg w kierunku północnym. I tu jest koniec żartów. Bo oto wraz z obładowanym rowerem wyjeżdżam windą na peron w Gdyni. A tam stoi najprawdziwsze Pendolino. Stoi i szczerzy na mnie swój spłaszczony pysk. Wygląda jak jakiś wąż błotny. Nie wiem, czemu mi się z błotnym skojarzyło. Może jednak błoto jest tu jakoś na rzeczy. A do węża stoi kolejka, można by rzec: wężyk ludzi. Upewniam się, że oni tu stoją w kolejce do zwiedzania (no chyba na nic innego nie liczyłem). Pendolino nowiutkie, na podłodze leży jeszcze gdzieniegdzie foliowa okładzina.

Tyle było by tej dygresji. Teraz do rzeczy: kilka godzin wcześniej wdrapywałem się po schodach wraz z dwudziestokilowym rowerem i piętnastoma kilogramami bagażu. I jeszcze jedna podróż w przeszłość: na wiosnę tego roku niemałym zapewne kosztem wybudowano na stacji windę. Od co najmniej dwóch tygodni wisi tylko karteczka: Awaria windy. Gdybym miał długopis to bym dopisał "To kurwa naprawcie" ale nie miałem i mi przeszło. Naszła mnie refleksja na widok tego całego Pendolino i jego pokrytych folią podłóg. Że w tym kraju nic nie jest w stanie się długo ostać. Ile to już razy widziałem jak ludzie w sile wieku zamiast zejść po schodach pakują się w windę, która wiezie ich cztery metry do dołu tudzież do góry. Inwalidzi wojenni. Nie widzą schodów? Pewnie trzeba napisać: wstęp tylko dla osób upośledzonych ruchowo, osób z ciężkim bagażem lub osób upośledzonych umysłowo. To ostatnie na pewno by podziałało. A może po prostu windę sprytnie wyłączono zasłaniając się awarią. Tak "zakonserwowana" winda będzie przecież mogła "służyć" latami. Albo po prostu (i to kolejny polski scenariusz) przy organizacji przetargu działały jakieś nadprzyrodzone siły.

Może lepiej niech Pendolino będzie tylko do zwiedzania, najlepiej tylko pod okiem panów ochraniarzy, którzy przed wejście sprawdzą, czy mamy odpowiedni strój, aby byle kogo do środka nie wpuścić. Jakiegoś niepełnosprawnego umysłowo człowieka.

Dzisiaj zdarzyła się okazja jechać z takowym w pociągu. Człowiek koło pięćdziesiątki, elegancko ubrany, spokojnie i kulturalnie dymi sobie papierosem w przedziale rowerowym, gdy nagle zostaje brutalnie zaatakowany przez nachalnego rowerzystę, który domaga się, aby ten przestał palić. Elegancki człowiek w lakierkach, czarnej koszuli wciągniętej w spodnie jest bardzo wzburzony i grozi, że pobije rowerzystę i dodaje, że ma pierwszą grupę inwalidzką na głowę. To też brzmi jak groźba. Czytaj: jestem oficjalnie uznany za wariata i mogę was wszystkich pozabijać i nic mi nie zrobią. Ktoś uczynił wielką krzywdę społeczeństwu dając temu człowiekowi żółte papiery. Z posiłkami przychodzi mu inny człowiek w podobnym wieku, zapewne też z pierwszą grupą inwalidzką (również na głowę), tylko nieudokumentowaną, twierdząc, że wozimy swoje rowery za ("nasze") pieniądze podatników. Oczywiście, będąc centrum wszechświata trudno dopuścić do siebie myśl, że ktokolwiek poza nami płaci w tym kraju podatki. Temu człowiekowi trudno było. A będąc centrum wszechświata, każdy z nas z osobna, zajedziemy każdą windę a Pendolino będzie jeszcze bardziej bez sensu, niż kiedykolwiek było.  

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Krótko o empatii

Dzisiaj się dowiedziałem, że nasza nowa teamliderka będzie dobrą teamliderką. Nikt mi tego nie powiedział, ale przekonałem się o tym, gdy o godzinie 17:30 (pół godziny po końcu "regulaminowego" czasu pracy) przed wyjściem podeszła do mnie i dość znacznie i przyjemnie zdrabniając moje imię zapytała, czy wszystko w porządku i czy potrzebuję pomocy z czymś, bo, jak powiedziała, nie chce nikogo samego zostawiać a sama wychodzić. To jest empatia, coś, czego u nas w zespole zdecydowanie brakuje. To jest postrzeganie człowieka jako człowieka a nie jako zbiór procesów, jakie wykonuje.

Empatia, czyli zdolność wczucia się w sytuację innych, nie pozostawanie obojętnym wobec losu innych.

Dzisiaj rano empatią wykazała się załoga składu oraz być może pasażerowie Szybkiej Kolei Miejskiej jadącego w stronę Gdańska. Przez ponad 15 minut pociąg czekał aż do człowieka, który zemdlał-zasłabł-lub-coś-podobnego, przyjedzie pogotowie, choć w międzyczasie człowiek ten odzyskał przytomność i generalnie wrócił do siebie.


wtorek, 25 marca 2014

O pamiętaniu emocjonalnym

Znowu chyba będzie o pamiętaniu, bo się zaczyna tak: pamiętam, jak będąc w wieku nastoletnim pojechaliśmy rowerami (a było to na terenie Aglomeracji Śląskiej) do pewnego rezerwatu przyrody, w sumie wyjazd nie był planowany akurat w to miejsce, ale się jakoś zahaczyło. Dla mnie wycieczki rowerowe były czymś, na co cieszyłem się cały tydzień. Pisałem wczoraj o tym, jak bardzo różni się pierwsze wrażenie od pozostałych następnych. I w tym właśnie rezerwacie po raz pierwszy zobaczyłem drzewa w takim rozmiarze, jakich normalnie dorastają jeśli się ich nie wycina. Nie cieszyłem się tym widokiem specjalnie długo, bo wtedy to nie ja ostatecznie decydowałem gdzie i na ile się zatrzymujemy, a mimo to (łamane przez) i właśnie dlatego to miejsce tak bardzo zapadło mi w pamięć. Tak dziwnie zapadło w pamięć, bo tak naprawdę zapamiętałem tylko te emocje, które towarzyszyły mojemu pierwszemu spotkaniu z tym miejscem. Nie zdążyłem nawet dobrze przyjrzeć się, ocenić całą tę okolicę trzeźwym okiem. W rezultacie długo po tej leśnej wizycie w mojej głowie bardzo intensywnie rodziły się rozmaite wizje i wyobrażenia tego miejsca opierające się na szczątkach faktów. Czyli wszystko kiełkowało na glebie emocji. Następna moja wizyta w tamtym miejscu (tym razem już samotna i pozwalająca na kontemplację) brutalnie rozdeptała moje nadmuchane wyobrażenia. W tym samym lesie znalazłem miejsca jeszcze piękniejsze. Ale teraz wiem, jak powstawały baśnie i legendy.

Znowu będzie o pamięci, bo pamiętam jak swego czasu (całkiem w sumie niedawno) tata opowiadał, jak jako dziecko po raz pierwszy był na Turbaczu. Turbacz to najwyższy szczyt w Gorcach, z którego przy w miarę dobrej pogodzie widać całą panoramę Tatr. Opowiadał więc tata, jakie wrażenie wywarł na nim ten widok. Słuchając jego opisu widziałem oczyma wyobraźni południowochińskie góry w rejonie Yangshuo - widok iście bajkowy - i myślę, że jako takie musiały zapewne pozostać na długo w pamięci taty, aż do następnej wizyty w Gorcach. Demitologizacja narosłego wyobrażenia musiała prędzej czy później nastąpić.

Wracając dzisiaj z pracy naszła mnie w związku z tym pewna refleksja, ale niestety zdążyłem zapomnieć szczegóły. Chodziło generalnie o to, jak bardzo nas kształtuje to wszystko, co zobaczymy i przeżyjemy w dzieciństwie. Dla mojej mamy wyprawa do jej babci, która mieszkała na (obecnie) terenie powiatowej miejscowości poniżej 10 tysięcy mieszkańców - choć na drugim końcu tej miejscowości, była wyprawą na koniec świata. Z kolei w taty domu (był to duży poniemiecki dom) mieszkali od czasu do czasu na stancji różni (głównie młodzi) ludzie. I jeden z nich opowiadał o tym, jak w czasach wczesnego socjalizmu wyprawił się z kolegami (bo nie można powiedzieć, że pojechał na wycieczkę) zimą w Bieszczady. Nie wiem, co wtedy było w Bieszczadach, ale zapewne nic, bo z tego co zapamiętałem z tego, co zapamiętał tata, spali w wykopanych w śniegu jamach. Teraz to się nazywa survival, wtedy to po prostu była ciekawość świata a "survival" był po prostu środkiem do osiągnięcia celu. Nie wiem ilu jeszcze podobnych historii nasłuchał się tata w dzieciństwie, ale na pewno nie wpadły jednym uchem po to, żeby wypaść drugim. I teraz w ramach zestawienia: mama nigdy się nie paliła do podróży; tata wręcz przeciwnie. Oczywiście może to mieć zupełnie inne podłoże...

Ja z kolei spędzałem bardzo dużo czasu z atlasem. Coś w tym jest.

wtorek, 21 stycznia 2014

Pamięć

Koniec szutrowej drogi, którą właśnie wyprzedził mnie samochód, niknie w tumanie pyłu. Schronienia nie obiecują nawet ciągnące się po obu stronach pola kukurydzy. Trzeba przeczekać aż kurz opadnie, jak emocje.

W dość symbolicznym centrum wsi stoi przy skrzyżowaniu czterech dróg sklep. Dzisiaj nawet nikt pod nim nie pije. Cisza.

To chyba niedziela była.

Przyjechałem tu od wschodu. Na południe dojeżdża się do szosy, którą dziesiątki razy przemierzałem jako pasażer samochodu. Tędy zawsze jechało się do/od babci. Ta droga zapadnie w pamięć na zawsze. Jakkolwiek by się nie zmieniła, zawsze odnajdę w niej coś znajomego. Wszystko piękne, co znane z dzieciństwa, zapada w pamięć jako coś magicznego. To, czy zapadło w pamięć, okazuje się dopiero po latach. Na północny wschód dojedzie się jakoś do miejsca, gdzie inna z kolei szosa zapada w las. Też zapadła w moją pamięć. Tu był mój pierwszy raz w lesie. Wtedy (a miałem może z pięć lat) po raz pierwszy usłyszałem o sobie, że mam świetną orientację w terenie, tylko dlatego, że wiedziałem, w którą stronę należy wracać. Ponad dwadzieścia lat temu. Pamiętam jak dziś, pamiętam dokładnie. Na zachód jedzie się dalej i dalej, w rozległe lasy pełne jeziorek, wzniesień i bagien. W miejsca, do których zawsze ciągnęło mnie jak do tego nieznanego.

Samotna leśniczówka w towarzystwie trzystuletniego dębu i alei dwustuletnich modrzewi. Musiała to być bardzo stara droga. Kolejne magiczne miejsce z dzieciństwa. To miejsce raz nabierało a raz traciło swą moc. Teraz czuje jak wyjątkowo emanuje energią. Wioski schowane w lesie, jak mawiali rodzice, zabite dechami, bo ze wszystkich stron las. Gdzieś dalej na skraju wsi schowana w przydrożnych zaroślach opuszczona chałupa, na dachu której widać jeszcze resztki strzechy. Po przejechaniu jednej z wiosek wjeżdżało się na bardzo szeroką ziemną drogę prowadzącą przez las. Robiła niepokojące wrażenie. Teraz już położyli asfalt, straciła sto procent swojego uroku, zyskała na przejezdności. Takie są koleje. Moja babcia opowiadała, jak pracowała przed wojną w sklepie. Wracała do domu tylko na weekend (weekend, jak to się wtedy nazywało? chyba: na niedzielę), bo sklep znajdował się około dwadzieścia kilometrów od domu jej rodziców. Szła na piechotę, z czego dziesięć kilometrów przez las. Wtedy nie było szosy, tylko zwykła polno-leśna droga. Szło się nocą. Teraz, jeśli się przyłożę, jestem w stanie przejechać przez las rowerem w pół godziny.

Jadąc na południe w pewnym miejscu skręcało się w lewo w ledwie zauważalną leśną ścieżkę. Po około dwóch kilometrach znowu w lewo, tym razem już nie ścieżką, tylko przez las, przecinką. Po kilkuset metrach las się przerzedzał i zaczynało się coś jakby bagno. Jeziorko powoli zarastające. Tak zwane głodne jeziorko, zapewne dlatego, że połykało różne rzeczy. Dopiero w tym miejscu czułem, że tu jest pusto, jestem sam, tylko ja i dzikość przyrody. Cisza. Tu poczułem ją pierwszy raz.

Dlaczego po paru latach znowu przyjeżdżam w to miejsce? Byłem później w wielu innych miejscach, gdzie było równie pusto, dziko i odludnie. To formalnie bezimienne jeziorko stało się dla mnie pewnym archetypem (wzorcem?) dzikiej przyrody. Trudno już bez niego żyć. Chodzi za mną od dwóch dni, od dwóch dni nie wiem czemu nie mogę przestać o tym miejscu myśleć...

Za pomocą hipnozy można wyciągnąć z człowieka szczegóły wszystkiego, co widział, słyszał i odbierał wszelkimi innymi zmysłami. Swoisty film w (bardzo) HD z dźwiękiem i innymi atrakcjami. Po bajtach są kilobajty, potem mega, giga i tera. Kilka kolejek dalej jest taka jednostka, która zapewne pomieści wszystko to, co mamy w pamięci, łącznie z tym, z czego sobie sprawy nie zdajemy. Czy to wszystko jest naprawdę w naszych głowach, czy też jesteśmy podłączeni do jakiejś większej jednostki, pamięci zbiorowej, Kroniki Akaszy, chmury, cloud hosting server, czy jak to jeszcze nazwiemy?

wtorek, 31 grudnia 2013

Witold S. - o tym, jak pozory mylą.

Od Małgorzaty W. trafiłem prosto w "objęcia" Witolda S. Przeprowadzka z Krakowa do Gdyni w weekend nie jest prostą sprawą. W piątek jeszcze jestem w starej pracy, która nie odpuszcza prawie do samego końca, w poniedziałek muszę być w nowej pracy, która też nie ma zamiaru odpuszczać. Nie mam do dyspozycji samochodu.

Mniej więcej na dwa tygodnie przed datą przeprowadzki dzwonię do człowieka, któremu na imię Witold, w sprawie wynajmu pokoju. Pan Witold jest bardzo przyjazny i entuzjastyczny. Nie przeszkadza mu, że będę w Gdyni dopiero w dniu przeprowadzki. Umawiamy się, że jako gwarancję, że na pewno przyjadę tego pierwszego czerwca wpłacam mu 650 złotych kaucji. Dzięki temu mam ze swojej strony też gwarancję, że nie jadę do Gdyni w ciemno. Witold jakoś narzeka, że przesłałem mu tylko screena z wyciągu bankowego jako potwierdzenie, a nie nie wiadomo co. Coś strasznie dokładny jest.

Poniżej ogłoszenie z internetu:

Pokój w mieszkaniu bez właścicieli - w cenie wszystkie opłaty
Ogłoszenie wprowadzono: 12.05.2013
Cena:     650 zł

umeblowane
Rodzaj:     Pokój
Powierzchnia:     46,00 m2
Cena za m2:     14,13 zł
Miasto:     Gdynia
Informacje dodatkowe:     balkon, internet, kuchnia,
dane kontaktowe: Właściciel tel.: 501-243-***
[cenzura autora blogu]
Gdynia
Cena do negocjacji. W cenie wszystkie opłaty. Może być dla pary. Do wyboru jeden z pokoi w 2-óch mieszkaniach. Ciepło i cicho. Kompletne umeblowanie i wyposażenie. Okna PCV. W pobliżu pełna infrastruktura łącznie z Lidlem i Biedronką. 3 minuty do przystanków autobusowych. Nie jestem biurem nieruchomości. 


Sobota rano, a już raczej nie rano, tylko wczesne przedpołudnie. Po całonocnej prawie nieprzespanej nocy w kuszetce jestem półprzytomny. Witold (elegancki pan z wąsem koło 60-tki) przyjeżdża na dworzec i podwozi mnie do mieszkania swoim Citroenem. Samo mieszkanie trochę nie do końca przypomina mi to, co widziałem na zdjęciach w internecie. Zwłaszcza kuchnia i łazienka. Ale jestem zbyt zmęczony, żeby się nad tym zastanawiać. Wpłacam 650 złotych czynszu na pierwszy miesiąc i podpisuję papierek. Gdybym miał wybór, nie podpisał bym go. Ale nie miałem wyboru:

"Niniejszym kwituję odbiór zadatku od Pana [tu moje nazwisko oraz wszystkie moje dane z dowodu]  w kwocie 650 złotych tytułem gwarancji spisania umowy najmu pokoju lokalu mieszkalnego (poczynając od dnia 1.06.2013) mieszczącego się w Gdyni przy ulicy [adres udostępnię zainteresowanym] z kwotą najmu 650 zł w tym opłaty (prąd - gaz -) oraz kaucją powstałą z zadatku w chwili podpisania umowy. Opłaty dokonywane będą do 5-go każdego miesiąca. Brak wpłat w ciągu siedmiu dni po terminie w sytuacji nie podpisania umowy przez najemcę będzie oznaczać rezygnację z jej podpisania. Wpłacający oświadcza, iż mieszkanie widział i w całości je akceptuje, łącznie z jego wielkością, charakterem, rozkładem i wyposażeniem. Strony oświadczają, że są świadome, iż zgodnie z przepisami K.C. rezygnacja z podpisania umowy przez wpłacającego powoduje, że traci on zadatek w całości, a w przypadku rezygnacji przez przyjmującego musi on wpłacającemu zwrócić zadatek w podwójnej wysokości." [wszystko pięknie ozdobione podpisami] [ podkreślenia w tekście autorstwa autora blogu]

Tak więc zaakceptowałem mieszkanie w takim stanie jakim było, oraz zobowiązałem się do podpisania umowy, nawet jej nie widząc, pod rygorem przepadku kaucji. No ale cóż było robić. Trzeba było się wziąć za sprzątanie mieszkania, które pozostawiało dość sporo do życzenia. W moim pokoju nie stroniono od papierosów i chyba nawet różnych innych "palideł". Witold szybko otworzył okno, żeby nie za bardzo dawało po nosie. Na odchodnym spisał liczniki (ciekawe po co) i powiedział, że obowiązuje nas tajemnica umowy handlowej czy coś takiego: jeśli ktoś z moich współlokatorów dowie się, ile płacę, to będzie musiał mi podnieść, żeby nie było żadnych ... no wie pan, [ten tego]. Tak, na pewno za pokój 8m2 (!!!) 650 złotych to jak za pół darmo. A umowę mi podrzuci w najbliższym czasie.

Po jakichś trzech dniach poznałem dotychczasowego współlokatora, który mieszkał tam już prawie rok. Darek miał koło 40-tki ale wyglądał na 50. Typowy robotnik. Piwko, papieros i takie podobne. Dość szybko stracił cierpliwość do światła, które nadmiernie palimy oraz wody, której przesadnie nie oszczędzamy (my tzn. ja oraz para, która się wprowadziła w tym samym dniu). Zaczęły wychodzić rozmaite "kwiatki". Darek pokazał mi umowę, którą nieświadomie w pośpiechu podpisał przyłapany w najmniej odpowiednim do tego momencie (tu tylko panie Darku podpisik i załatwione). Nie przeczytałem jej dokładnie, ale Darek wskazał mi na parę ciekawostek, jak na przykład opłaty licznikowe po przekroczeniu pewnego wcale nie dużego zużycia, konieczność wykonywania remontów w mieszkaniu.

Mamy więc niezbyt ciekawą sytuację. Niebawem, najpewniej w najmniej spodziewanym momencie wpadnie do mnie Witold z umową (tylko tu panie Piotrze podpisik i załatwione). Wtedy będę lekko do tyłu finansowo. Robię więc rozeznanie sytuacji, w jakiej się znalazłem i próbuję znaleźć wyjście.

Patrzę do internetu. Ogłoszenie zniknęło. Można to uznać w sumie za logiczne. Na szczęście na komputerze zapisałem stronę z ogłoszeniem. Tego się Witold raczej nie spodziewa. Podczas naszej rozmowy telefonicznej prosił o napisanie maila, przy czym wyraźnie podkreślił, żeby zacząć od słów "w nawiązaniu do dzisiejszej rozmowy telefonicznej", tak żebym w razie czego nie miał do czego się odnieść, bo jak mu udowodnię, że w rozmowie powiedział to, a nie tamto. A powiedział dużo ciepłych słów na temat mieszkania swoim ciepłym i budzącym zaufanie głosem. Takie sformułowanie jest dość oczywiste i nie wiem w jakim innym celu aż tak by to podkreślał. Na szczęście w mailu umieściłem link do strony internetowej z ogłoszeniem. Szukam w internecie podobnych przypadków, nic nie znajduję, szukam coś nieco o prawach konsumenta, ale wszystko wskazuje na to, że wpadłem jak śliwka w kompot. Mogę sobie odpuścić za cenę kaucji, ale kto chce płacić 1300 złotych za miesiąc mieszkania w norze. Dzwonię do rzecznika praw konsumenta, ale o czym mamy rozmawiać, jeżeli Witold mi nawet nie przedłożył umowy. Moja jedyna szansa leży w udowodnieniu mu, że dopuścił się oszustwa lub innego niedozwolonego działania.

W temacie oszustwa: w zamieszczonym ogłoszeniu oprócz informacji o braku opłat licznikowych znalazły się zdjęcia z kuchni i łazienki pochodzące z innego mieszkania. Różnica między zdjęciami a rzeczywistością to jakieś 20-30 lat skoku cywilizacyjnego. Idea jest taka, że w jednym ogłoszeniu reklamujemy dwa mieszkania, przy czym wybiórczo zamieszczamy zdjęcia tego, co najlepsze. To klasyk znany od dawna, a ja się dałem złapać.

Ja tymczasem dalej stoję w miejscu i pozostaje mi bezsensowne czekanie aż dostane umowę, bo bez niej tak na prawdę nie jestem w staniu podjąć żadnych kroków (np. prawnych, chociaż nie mam na nie czasu ani ochoty). Próbując więc zasymulować sytuację braku czasu idealną do "tylko tu panie Piotrze podpisik i załatwione" i informuję Witolda, że służbowo wyjeżdżam na dwa tygodnie do Holandii i wrócę właśnie tak wraz z końcem miesiąca, w związku z czym chciałbym od razu załatwić wszelkie formalności. W piątek Witold dzwoni do mnie najpierw, że za chwilę podjedzie do mnie do pracy, ale jakieś pół godziny później dzwoni, że tak się spieszył, że go policja zatrzymała i tak dalej. Coś jakby próba wzbudzenia we mnie poczucia winy. Myślę sobie: szkoda, że cię straż pożarna nie zatrzymała. Nie mniej jednak Witold trzyma haczyk mojej podróży służbowej dość mocno, bo po jakimś czasie wysyła sms-a z zapytaniem kiedy wracam. Nie jest to bynajmniej śmieszne. Okłamując Witolda tak bardzo dokładnie wyobraziłem sobie tę hipotetyczną sytuację, że dwa tygodnie po rzeczonym sms-ie stała się ona rzeczywistością.

W międzyczasie próbuję zebrać informacje na temat wizyt Witolda w moim pokoju. Od Darka wiem, że jest to stosowana tu praktyka, ale jakoś o dziwo nie udaje mi się złapać go na niczym, co dawało by mi argument przeciw. Jest jednak pewna zasada, która mówi, że im więcej ktoś mówi na temat uczciwości, tym bardziej prawdopodobne, że coś ma na sumieniu. Trochę podobnie jak z Jarosławem Kaczyńskim. Przekładając na Witolda: bardzo stara się robić wrażenie człowieka uczciwego, dokładnego i skrupulatnego. O reszcie uświadamia mnie Darek, z którym nie waham się wypić piwa w zadymionym papierosami pokoju: Witold ma kilkanaście mieszkań w Gdańsku, dochodów z żadnego z nich nie zgłasza do Urzędu Skarbowego. Wiem, bo moja ciotka pracuje w Skarbówce. Okazuje się więc, że najlepsze sposoby to sposoby najprostsze. Szantaż.

Nie jestem urodzonym szantażystą i w sumie nie czuję się dobrze robiąc ludziom takie rzeczy, ale w tym momencie znajduję się w sytuacji defensywnej i nie mam oporów. Studiuję internet pod kątem domowych sposobów ściągania odcisków palców, pod kątem prawnych aspektów zgłaszania do Skarbówki umów wynajmu mieszkania i podobne. Na smsy od Witolda odpowiadam w sposób bardzo szczery i bezpośredni, co zostaje odebrane przez niego jako bezczelne ("zrobił się strasznie arogancki"), w rozmowach z nim z lubością podkreślam swoją bliską znajomość z Darkiem (który zresztą opierniczył mnie jak do niego mówiłem na "pan"). Wygląda to z rozmowie z Witoldem mniej więcej tak: on mówi: pan Darek, ja mówię: Darek, on: pan Darek, ja: Darek. Być może więc Witold podejrzewa mnie o złamanie tajemnicy handlowej (słusznie zresztą:).

Przychodzi ten moment, gdy Witold przybywa w moje skromne progi celem podpisania umowy. Jest 26 czerwca, dość późno, żeby szukać na szybko nowego mieszkania. Jestem w oczach Witolda bardzo podatny na szantaż. Ale ja już znalazłem nowy pokój i definitywnie nie chcę mieszkać dłużej w tym miejscu. Dlatego wiem, że nie podpiszę tej umowy. Z początku Witold próbuje odstawiać scenę pod tytułem "no gdzież ja tę umowę włożyłem" (oj żałosnyś jest Witold). Umowa się jednak znajduje, a ja sobie ją z premedytacją czytam. Mam czas. Z nowych ciekawostek jest (bardzo na moją rękę) zapis, że zgadzam się na zajęcie swoich dóbr w przypadku zalegania z płatnością, co wywołuje we mnie tym razem już szczere i spontaniczne oburzenie. Witold się tłumaczy, że te wszystkie zapisy powstały w wyniku jego doświadczeń z dotychczasowymi najmującymi, ja zaś tłumaczę mu z iście adwokackim zacięciem, iż takie sprawy rozwiązuje się przy pomocy właściwych do tego organów prawnych takich jak policja, sąd czy (z naciskiem na zapewne nieprzyjemne dla Witolda słowo) prokuratura, a nie za pomocą jakichś dziwnych (żeby nie powiedzieć: szemranych) zapisów w umowie, która jest pełna różnych haków dających pole do wieloznacznych interpretacji i nadużyć, w związku z czym tej umowy w takiej formie nie podpiszę.

W odpowiedzi dowiaduję się, że skoro nie chcę tej umowy podpisać, znaczy to, iż na pewno mam jakieś nieuczciwe zamiary, bo przecież uczciwy i mający zamiar terminowo płacić człowiek nie bałby się zapisu o zajęciu swoich dóbr. [Oj, przeginasz Witold, zaraz po du**ie dostaniesz.] Nie mówiąc tego, co myślę, wyjaśniam bardzo rzeczowo i z dużą liczbą szczegółów cały mechanizm jego (Witolda) działania - po to, żeby wiedział, że wiem: sposób, w jaki formułuje ogłoszenie (na jego oczach czytam na komputerze zapisane ogłoszenie i porównuję je z rzeczywistością), w jaki prosi o napisanie maila, następnie jaki papierek podsuwa mi do podpisania wraz ze wskazaniem na zawarte w nim haczyki i ich konsekwencje, wreszcie sypię z rękawa faktami na temat jego postępowania wobec poprzedniego lokatora, chwaląc się przy tym znajomością z nim (nie daj Boże go więcej spotkać ani chwalić się znajomością z nim) jak i innymi faktami, jakie poznałem od Darka (Darka, nie pana Darka). Jednym słowem Witold jest w defensywie, ale jeszcze o tym nie wie, gdyż prosi mnie o podpisanie oświadczenia, że odmawiam podpisania umowy, na co piszę, że w związku z rażącą niezgodnością przedłożonej mi umowy z ofertą, w oparciu o którą wstępnie zobowiązałem się podpisać umowę, odmawiam podpisania umowy, oraz że niniejsze oświadczenie nie przekreśla moich roszczeń do zwrotu kaucji. Teraz już Witold wie, że jest w defensywie i zdecydowanie zmienia ton, sugerując, że jeżeli nie chcę podpisywać umowy, to się bez żadnych sporów ani wzajemnych żalów rozstaniemy a on mi zwróci kaucję.

Bitwa jest wygrana, ale trzeba uważać, bo wojna się jeszcze nie skończyła. W późniejszej rozmowie telefonicznej podkreślam, że kaucję mam mi zwrócić do ręki, w przeciwnym razie nie oddam kluczy. Witold prosi mnie, żebym przyniósł to oświadczenie, które podpisywałem pierwszego czerwca. Wiem, że będzie chciał je dostać z powrotem i wiem, że nie mam obowiązku mu go oddawać. Ale mnie wystarczy zdjęcie. Na pożegnanie Witold faktycznie oddaje mi kaucję w gotówce i prosi o papierek oraz o podpisanie kolejnego: iż nie roszczę żadnych dalszych pretensji. Nie roszczę, mam go w d***ie.

Koniec bajki. Nauczyłem się z niej (już na konkretnym przykładzie), że ci, którzy najwięcej mówią o uczciwości, są najmniej uczciwi; że najprostsze metody są najlepsze; że życie to nie bajka i trzeba mieć oczy wkoło głowy albo po prostu szczęście. Darek, któremu na pierwszy rzut oka nie w życiu bym nie zaufał, pożyczył ode mnie 50 złotych na trzy dni przed moją planowana wyprowadzką. Dałem mu ze świadomością, że tego nie dostanę z powrotem, ale że jest to niejako zapłata dla niego, za tę nieoszacowaną pomoc. I co? Nic, wziął i oddał.

Małgorzata W. - parę słów na temat chciwości

U Małgorzaty W. wynajmowałem pokój na krakowskim Prądniku Czerwonym przez równe dwa lata. W rozmowie telefonicznej pani Małgorzata wydawała się osobą bardzo miłą. Przy podpisywaniu umowy widać było jednak, że jest bardzo skrupulatna. Umowa obejmowała dwie strony z bardzo dokładnie sprecyzowanymi warunkami użytkowania mieszkania, natomiast samo mieszkanie dość szczelnie oklejone było różnymi karteczkami informującymi co należy a czego nie należy robić. Z pewnością należało zamykać drzwi do kuchni podczas gotowania, gdyż od ostrych zapachów pani Małgorzata mogła dostać ataku torsji. Z powodu astmy nie można było również używać w łazience dezodorantów ani innych intensywnych zapachów. Do wszystkiego się można przyzwyczaić, ludzie miewają różne dziwactwa.

Gdy się wprowadzałem, pani Małgorzaty nie było na mieszkaniu. Była w szpitalu na jakiejś operacji na serce. Miała zapewne dość stresujące życie. Miała wielkie czteropokojowe mieszkanie, w którego trzech pokojach mieszkaliśmy my: ja, Kuba i Paweł. W dzień po wprowadzeniu się do mieszkania Paweł wyłowił ze skrzynki pocztowej za pomocą jakiegoś triku zawiadomienie adresowane do Małgorzaty informujące o mającym się odbyć zajęciu komorniczym. Na ten dzień na wszelki wypadek wziąłem ze sobą laptopa i lustrzankę do pracy. Ale nic się nie wydarzyło. Małgorzata miała dwójkę dzieci. Zamężną córkę Kasię, która się wydawała z urody dość podobna do niej, oraz syna Michała, informatyka, który robił wrażenie człowieka mającego ochotę zabić. Ni cześć, ni dzień dobry, żadnej odpowiedzi nie dało się od niego usłyszeć. Jeszcze nigdy tak gburowatego człowieka nie spotkałem. Ten dom na pewno nie kojarzył mu się dobrze. Mąż pani Małgorzaty był (jest) znanym krakowskim ornitologiem, doktorem nauk przyrodniczych. Miałem przyjemność uścisnąć jego dłoń. Nie wiedziałem wtedy kim jest. A i tak była to większa przyjemność, niż całe dwa lata z panią Małgorzatą. Byli rozwiedzeni. Mając na uwadze fakt, że cały blok należał do spółdzielni mieszkaniowej pracowników naukowych nie miałem wątpliwości z jakiego powodu i z czyjej inicjatywy doszło do rozwodu. I nie nazwę tego po imieniu.

Chciwość pani Małgorzaty zakwitła pewnego wiosennego dnia, gdy wręczając nam informację ze spółdzielni mówiącej o zmianie cen za rozmaite media (nie pamiętam dokładnie za co, dokładne cyfry mam z maila) z 1,26 zł na 1,19 zł za jednostkę, następnie z 1,30 zł na 1,23 zł oraz wreszcie z 1,85 zł na 1,41 zł zapowiedziała rychłą podwyżkę czynszu. Bardzo chciałem być wobec niej złośliwy i zasugerować obniżkę czynszu zamiast podwyżki, ale jakoś się powstrzymałem i w bardzo grzecznym i stonowanym mailu oświeciłem Małgorzatę, że zmiana z 1,30 na 1,23 to nie podwyżka, tylko obniżka. Kwestia podwyżki zaginęła bez śladu. Na szczęście pozostała wspaniała korespondencja mailowa, np:

Witam, Nawiązując do poprzedniej informacji o podwyżce czynszu na rok 2012 informuje że spółdzielnia przysłała informacje o podwyżce czynszu dopiero od maja 2012. Pismo zostawiam do wglądu na lodówce. Po przeanalizowaniu rachunków za prąd, gaz i internet, opłaty od kilku miesięcy są na stałym poziomie.
Dlatego ustalam jedną cenę za media w wysokości 72 zl miesięcznie
czynsz    *00 zl
internet    20 zł
media       72 zł
Razem  *92 zł  miesięcznie do maja 2012
Pozdrawiam
Małgorzata W.


Mail i karteczki były jej jedynym środkiem komunikacji. Potrafiła nie odzywać się do człowieka, tylko pisać karteczki. Nie potrafiła mi powiedzieć, że jeden dzień po terminie płatności za czynsz nadal nie ma pieniędzy na koncie, choć się ze mną normalnie widziała, tylko karteczkę pisała. Współczułem jej dzieciom, że musiały się w takim domu wychowywać. Paweł traktował Małgorzatę z przymrużeniem oka, mówił, że w tym domu obowiązują inne prawa fizyki. Zastanawiałem się, czy przy wyprowadzce naliczy mi odsetki za jeden dzień zwłoki z przelewem, bo taki punkt też był w umowie.

Jednym słowem, pani Małgorzata uosabiała skąpstwo i niepohamowaną chciwość. Z czasem przestałem się dziwić, skąd biorą się jej problemy ze zdrowiem i trudno mi było zdobyć się na jakieś współczucie dla niej. Byłem już nawet bliski wyprowadzki do jakiejś innej lokalizacji w Krakowie. Tak się jednak złożyło, że wyprowadziłem się całkiem z Krakowa. Całkiem z południowej Polski.

Tu się jednak historia nie kończy, ponieważ wpłaciłem 500 złotych kaucji i jakoś nie miałem zamiaru żegnać się z tymi pieniędzmi. Gdybym mi na nich nie zależało, nie spędził bym kilku godzin na doprowadzaniu pokoju do takiego stanu (w tym układu mebli) jaki zastałem na samym początku. Po niespełna miesiącu od wyprowadzki zadzwoniłem do pani Małgorzaty (od razu z podpiętym do telefonu dyktafonem), żeby zapytać, czy wszystko w porządku z pokojem i kiedy dostanę kaucję. Dowiedziałem się w tej do bólu grzecznej konwersacji, że nie dostanę całej kaucji, gdyż zaistniała konieczność uprania sofy, na której spałem (jak się w sumie okazuje, zupełnie niepotrzebnie używałem prześcieradła) oraz dywanu (w sumie to mogłem stawiać rower na dywanie, a już na pewno nie zajeżdżać odkurzacza próbując oczyścić go z psiej sierści) przez specjalistyczną firmę oraz wymycia okien, gdyż są brudne. Nie chciałem się wypowiadać na temat tego, co jest w jej mieszkaniu brudne (okap, na którym została biała plama jako relikt mojej próby umycia go), natomiast okno jest od dłuższego czasu zaparowane od środka i nie jestem w stanie go rozkręcić. Nie dała sobie wytłumaczyć, że rzeczy się zużywają. Bo to by ją pozbawiło pretekstu to zgarnięcia kaucji. Poza tym, pokój musi zostać gruntownie odnowiony, ponieważ ma się wprowadzić nowa osoba. Nie kłóciło się to w jej opinii z faktem, że wielokrotnie podkreślała, iż w najbliższym czasie ma zamiar sprzedać to mieszkanie, gdyż jest strasznie drogie w utrzymaniu.

Umówiliśmy się, że mam zadzwonić za tydzień. Tydzień później dowiedziałem się, że blat tak zwanego stolika nie trzyma się jego podstawy. Próbowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek się trzymał, czy tylko był przyklejony kilkoma kroplami jakiegoś kleju. Tym nie mniej poinformowałem Małgorzatę, że życzę sobie przedłożenia faktur za czyszczenie dywanu i sofy, gdyż w przeciwnym razie potraktuję jej postępowanie jako próbę wyłudzenia i będę stosował dalsze kroki, oraz że nie pozwolę, żeby za moje pieniądze remontowała sobie mieszkanie. Urząd Skarbowy zostawiłem sobie na wypadek ostateczności. Kwota, jaką miała mi wypłacić do ustalonego dnia stopniała z 250 złotych do 200 złotych. Miałem w tym czasie dostatecznie dużo innych stresów, żeby jeszcze się z nią wykłócać. Jednak kiedy trzy dni po ustalonym terminie pieniędzy dalej nie przelała, zadzwoniłem i jej powiedziałem, żeby skończyła ten cały cyrk, się dalej nie ośmieszała i po prostu przelała te pieniądze. Wystarczyło przypuszczalnie zmienić ton na taki, jakim się mówi do dziecka albo ucznia w podstawówce. Pieniądze się nagle znalazły na koncie.

Nie wierzę, że płaciła Urzędowi Skarbowemu podatek od tego dochodu. Szkoda mi było na znaczek i kopertę, żeby wysyłać umowę do Skarbówki. A może po prostu nie potrafię być mściwy. Czego mnie nauczyła pani Małgorzata? Nie wiem, czy mogę opublikować nazwisko pani Małgorzaty. Ale życzę jej z całego serca, żeby została na starość sama ze swoimi pieniędzmi. Takie noworoczne życzenia. To powinno wystarczyć.

sobota, 28 grudnia 2013

Słowo

Ostatnio, tj na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy, doświadczam czegoś jakby mocy sprawczej słowa pisanego. Słowo jest napisane pod czyimś adresem, ale jest dla adresata niedostępne. Coś jak napisanie na papierze toaletowym. A dzieje się tak, jakby mój przekaz odebrał. Może to zbieg okoliczności, trzy-cztery przypadki na miesiąc.Wolę wierzyć, że nie. Słowo od zawsze miało moc.