Od zawsze jak pamiętam ciągnęło mnie do przestrzeni, do miejsc, których nie widać końca. Zaczęło się dość niewinnie, od lasu. Ponieważ w lesie jest gęsto od drzew i nie widać końca. To taki inny rodzaj przestrzeni. Las to miejsce, w których przestrzeń w cudowny sposób się rozmnaża. W głębokim dzieciństwie jeździliśmy do lasu, niestety ku mojej udręce znacznie częściej na jagody niż na grzyby. Jagody się zbiera w jednej pozycji rzadko zmieniając lokalizację. Natomiast za grzybami się chodzi, gdzie oczy poniosą.
Potem ciągnęło mnie na wszelkie rodzaju łąki i puste przestrzenie. Jak wiadomo, na terenie GOP-u, gdzie się wychowałem, nie było tego sporo, dlatego nauczyłem się kochać każdy kawałek przestrzeni, gdzie nie było widać domów i innych śladów cywilizacji. Tak odkrywałem swego czasu różne jeziora, zwłaszcza rajską Pogorię IV, gigantyczny sztuczny zbiornik po wyrobisku piasku, usiany dzikimi plażami. Jeziora dawały poczucie przestrzeni, wolności. Ciągnęło mnie też nad morze, ale tam miałem za daleko.
Przestrzeń dają też góry. W góry miałem znacznie bliżej, ale zanim zacząłem (oczywiście samotnie) po nich chodzić, przemierzyłem cały GOP w poszukiwaniu rozmaitych wzniesień mniej lub bardziej sztucznych, z których było widać więcej. Bardzo chciałem zobaczyć Tatry, tak bardzo, że pewnego zimowego poranka, przed pójściem na uczelnię, o mało nie odmroziłem sobie palców, gdy przy ponad dziesięciostopniowym mrozie i silnym wietrze wdrapałem się na jedną z hałd na południu Katowic, żeby popatrzeć na wschód słońca. Tatr nie zobaczyłem, ale warto było.
W poszukiwaniu dziczy nieraz błąkałem się po Pustyni Błędowskiej, w butach i na boso, zimą i latem, jadąc tam z i Krakowa i Katowic. Pustynia jest pusta - przynajmniej w tym względzie nie byłem nią rozczarowany. W poszukiwanie dziczy planowałem nawet pojechać na Torfowiska Orawskie - miejsce, gdzie nie ma absolutnie nic. Ale jak wiadomo albo i nie, w miejscach, w których nie ma nic, jest to, czego nie ma w miejscach, w których jest wszystko. Specyficzną dzicz znalazłem wzdłuż Bugu, znalazłem ją w towarzystwie znikającego świata. Oby znikał jak najwolniej.
Potem przyszedł czas na góry, z tych wysokich najpierw paradoksalnie Alpy, gdzie już na drugiej "wycieczce" dwa razy mało nie spadłem w przepaść. To mnie jakoś nie zatrzymało, to mi tylko wpoiło szacunek do potęgi gór. Ale nogi się jeszcze długo trzęsły. W Tatrach już nie szalałem. W Bieszczadach i Beskidzie Niskim bywałem, żeby pooddychać i się nieco roztopić w ich magii. Wtedy odkryłem, że w górach są doliny, a w nich przeszłość i historia.
I wreszcie, pociąg do morza w czasie sztormu, stanie na molo w nocy wśród ryku morza, patrzenie w dal na kołyszące się na falach statki. Patrzenie w dal bez końca...
Potrzeba ucieczki do takich miejsc jak Roztocze, Bieszczady, Beskid
Niski czy Pustynia Błędowska, do tego na półdziko, bez planu wynika z mojej (i chyba raczej ogólnoludzkiej)
odwiecznej tęsknoty za przeszłością: szukanie miejsc, gdzie widać ślady
tylko i wyłącznie przeszłości, tej dalekiej, gdzie jest pusto i nie ma śladów natrętnej cywilizacji,
gdzie można poczuć się jak 100, 200, 500 czy 1000 lat temu, gdzie można
żyć (prawie) tak jak kiedyś, choć to tylko namiastka. To jest mniej
więcej to, co niemieccy romantycy uznali za część swojego programu: tęsknota za
przeszłością, tęsknota za dalą...
czwartek, 9 stycznia 2014
wtorek, 7 stycznia 2014
Różne myśli w oczekiwaniu na sen
Zdarzy mi się czasami na pustym peronie położyć na ławce i patrzeć w niebo w oczekiwaniu na pociąg. Patrzeć, jak chmury przesuwają się nade mną. Zdarza mi się leżeć na kępie traw na leśnej polanie, bez żadnego koca piknikowego, bez żadnych wielkomiejskich akcesoriów. I patrzę w niebo i słucham jak szumią drzewa. Albo na małej przystani przy zagubionym jeziorze u puszczy, gdy słońce już powoli chowa się za ścianę. A ileż razy leżałem na plaży prosto na piasku a przybijające fale próbowały mnie przerzucić na bok. Swego czasu w domu mojej babci lubiłem kłaść się pod werandą, gdy padał deszcz, lub gdy już robiło się ciemno i zimno, przykryty kocem. Choć w domu czekało ciepłe łóżko. Za każdym razem jest mi tak dobrze, za każdym razem doznaję tego uczucia, że mógłbym w tym miejscu zostać już na zawsze. Co że zimno, co że mokro, że komary. Wtedy właśnie czuję, że mój oddech jest naturalny, niewymuszony i wprawia mnie w przyjemne uczucie transu.
Ale znacznie więcej razy zdarzało mi się leżeć w łóżku godzinę, dwie, nie mogąc zasnąć. W takich chwilach muszę wyobrazić sobie, że jestem gdzieś na dalekiej północy, na zewnątrz jest ciemno, zimno, zawieja. W środku jest bezpiecznie, ciepło. Można się wtulić myślami w ukochaną osobę. I można zasnąć.
Jeśli nie pomaga i to, są jeszcze dwa sposoby:
"Świątynia Nieba"
Opuszek prawego kciuka stykamy z paznokciem lewego kciuka, następnie opuszek prawego palca wskazującego złączamy z opuszkiem lewego kciuka. Na paznokieć prawego palca wskazującego nakładamy opuszek lewego palca wskazującego. Teraz analogicznie budujemy schody do świątyni z pozostałych palców, z wyjątkiem dwóch ostatnich, które pozostają luźno. Są ścianami świątyni. Świątynia Nieba działa antydepresyjnie, przepędza złe myśli.
"Dawka nitrogliceryny"
Robimy na dwie ręce: opuszek palca wskazującego kładziemy na podstawie kciuka. Następnie stykamy końcówkę kciuka z końcówkami palca środkowego i serdecznego. Palec mały pozostaje wolny. Jak sama nazwa wskazuje, pomaga przy zbyt szybkiej akcji serca. Wystarczy, że powiem, że moja mama uratowała w ten sposób babcię.
Ale znacznie więcej razy zdarzało mi się leżeć w łóżku godzinę, dwie, nie mogąc zasnąć. W takich chwilach muszę wyobrazić sobie, że jestem gdzieś na dalekiej północy, na zewnątrz jest ciemno, zimno, zawieja. W środku jest bezpiecznie, ciepło. Można się wtulić myślami w ukochaną osobę. I można zasnąć.
Jeśli nie pomaga i to, są jeszcze dwa sposoby:
"Świątynia Nieba"
Opuszek prawego kciuka stykamy z paznokciem lewego kciuka, następnie opuszek prawego palca wskazującego złączamy z opuszkiem lewego kciuka. Na paznokieć prawego palca wskazującego nakładamy opuszek lewego palca wskazującego. Teraz analogicznie budujemy schody do świątyni z pozostałych palców, z wyjątkiem dwóch ostatnich, które pozostają luźno. Są ścianami świątyni. Świątynia Nieba działa antydepresyjnie, przepędza złe myśli.
"Dawka nitrogliceryny"
Robimy na dwie ręce: opuszek palca wskazującego kładziemy na podstawie kciuka. Następnie stykamy końcówkę kciuka z końcówkami palca środkowego i serdecznego. Palec mały pozostaje wolny. Jak sama nazwa wskazuje, pomaga przy zbyt szybkiej akcji serca. Wystarczy, że powiem, że moja mama uratowała w ten sposób babcię.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Współlokator
"Bo ja się tam znam z chłopakami z Wołomina, to znaczy z młodego Wołomina, czasami się tam widywałem z nimi w pubie, ale nie żebym jakieś interesy z nimi robił."
Jeśli takie słowa słyszymy od współlokatora, to mimo wszystko robi się nieswojo. Współlokator sprzedawał już na aukcjach markowe ubrania z zajęć komorniczych, teraz czas na markowe perfumy. Z zajęć komorniczych, ma się rozumieć, bo znajomy jest komornikiem. Współlokator pracuje w branży finansowej, sprzedaje różne usługi finansowe. Niech tam sobie sprzedaje...
Jeśli takie słowa słyszymy od współlokatora, to mimo wszystko robi się nieswojo. Współlokator sprzedawał już na aukcjach markowe ubrania z zajęć komorniczych, teraz czas na markowe perfumy. Z zajęć komorniczych, ma się rozumieć, bo znajomy jest komornikiem. Współlokator pracuje w branży finansowej, sprzedaje różne usługi finansowe. Niech tam sobie sprzedaje...
sobota, 4 stycznia 2014
Czas na skecz: Rycerze Okrągłego Stołu
RYCERZE
OKRĄGŁEGO STOŁU
w
poszukiwaniu świętego Graala
czyli
parę słów o mężczyznach
Występują:
ARTUR -
władca zamku Camelot
LANCELOT
- rycerz okrągłego stołu
PARSIFAL
- rycerz okrągłego stołu
EREK -
rycerz okrągłego stołu, znany z przesadnego zamiłowania do kobiet
IWEIN -
rycerz okrągłego stołu, znany z przesadnego zamiłowania do wojny
ENITA -
żona Erka
TRISTAN -
rycerz króla Marka
KAROL
WIELKI - król Franków
ROLAND -
siostrzeniec Karola
Pozdrowienia
dla Wolframa von Eschenbacha , Hartmana von Aue i wielu innych.
* * * * *
* * * * * * * *
Otwieramy trzecie oko i włączamy wyobraźnię.
* * * * *
* * * * * * * *
Zamek
Camelot. Sala tronowa, na środku okrągły stół, w środku pusty. Po zewnętrznej
stronie stołu siedzi król Artur i ze znudzoną miną dłubie w blacie mieczem. Pod
ścianą, na podłodze siedzi Tristan i przysypia.
ARTUR
Nuda jak
diabli, Lancelocie, wymyśl coś.
LANCELOT
Urządźmy
turniej, panie.
ARTUR
(markotnie)
Znowu?!
Już mi się te turnieje nosem wylewają. Wymyśl coś innego, bo jak nie to mi
zaraz zbroja zardzewieje.
LANCELOT
(olśniony)
Poszukajmy
świętego Graala!
ARTUR
Przecież
już go znaleźliśmy! Po co mamy go znowu szukać?
LANCELOT
(drapiąc
się po głowie)
A,
rzeczywiście...
ARTUR
(rozwiercając
w stole coraz większą dziurę)
Podłe
życie rycerza...
LANCELOT
(znowu
olśniony)
To może
schowajmy Graala i szukajmy go od nowa?
ARTUR
(spoglądając
na przeszkloną szafę z różnymi pucharami, wśród nich Graalem; drapie się po
głowie)
Czy ja
wiem? Właściwie to czemu by nie? To może być dobry pomysł.
(do
Lancelota)
Schowaj
go gdzieś. Ciekawe czy ktoś zauważy?
LANCELOT
(bierze
Graala z szafy, rozgląda się po sali, wreszcie wyjmuje z ust gumę do żucia i chowa go pod stołem przyklejając
od spodu do blatu tak, że jest on niewidoczny)
Załatwione!
Nikt go tu nie znajdzie.
ARTUR
(dłubiąc
w stole)
Zawołaj
chłopaków.
LANCELOT
(wychodzi;
zza sceny słychać wołania)
Parsifal!
Erek! Iwein!
TRISTAN
(budzi
się, sięga po stojącą obok butelkę i wychyla z niej „napój miłosny”; bełkocze
do siebie)
Och,
Izoldo, och...
ARTUR
(ze
staroangielskim akcentem)
Shut up!
TRISTAN
Och,
Izoldo…
(znowu
zasypia, butelka wypada mu z ręki, napój miłosny się rozlewa)
ARTUR
(wkurzony)
Nie
jestem żadną Izoldą!
PARSIFAL
(wchodzi)
Co
jest... To znaczy: Tak, panie?
ARTUR
(podchwytliwie)
Czy może
coś zauważyłeś?
PARSIFAL
(ze
zdziwieniem)
Co
takiego?
ARTUR
(zorientowawszy się, że źle formułuje
pytanie)
Czy może
czegoś ci brakuje?
PARSIFAL
(głęboko
urażony)
No wiesz?
Mnie... To znaczy: Ależ panie, przecież mnie niczego nie brakuje!
ARTUR
(wkurzony)
Nie
tobie, idioto! No wiesz, czy nie odnosisz wrażenia, że czegoś w tej sali nie
ma?
PARSIFAL
(odkrywczo)
Jest za
to dziura w stole!
ARTUR
(cierpliwie)
Popatrz
na szafę.
PARSIFAL
Co?
ARTUR
(sugestywnie)
„G”
PARSIFAL
(ogłupiały)
Co „G”?
ARTUR
(nie
odrywając wzroku od swego dotychczasowego zajęcia)
„Gra...”
PARSIFAL
A!
chcesz, żebym z tobą zagrał!
TRISTAN
(znowu
się przebudza)
Gdzie
jest Izolda...?
PARSIFAL
(olśniony)
O
cholera, gdzie jest Graal??!! Ktoś nam podpieprzył Graala!!!
(zaczyna
biegać jak szalony wokół stołu)
Gdzie
jest Erek, gdzie Iwein? Gdzie oni wszyscy się podziewają?
LANCELOT
(wchodzi;
za sobą ciągnie siłą Erka, który ma na sobie koszulę nocną)
Dopiero
co go wyciągnąłem z łóżka.
EREK
(szarpie
się)
Puszczaj
mnie, zostaw mnie w spokoju!
ENITA
(zza
sceny)
Erek,
kochanie, gdzie jesteś? Przecież jeszcze nie skończyliśmy.
EREK
(przymilnie)
Zaraz
wracam, kochanie!
PARSIFAL
A gdzie
jest Iwein?
LANCELOT
Przecież
jest na wojnie. Wyruszył jakieś dziesięć lat temu, nie pamiętasz?
PARSIFAL
Kogo on
tam tyle czasu zabija?
LANCELOT
(dyskretnie
do Parsifala)
Ukrywa
się przed żoną.
EREK
(który wszystko
słyszał; na cały głos ze zdziwieniem)
Ukrywa
się przed żoną?! Chyba zwariował!
PARSIFAL
i LANCELOT
(chórem;
kładą palec na usta)
Ciii...
EREK
To mogę
już iść?
PARSIFAL
Nigdzie
się nie ruszasz, ktoś podprowadził Graala. Trzeba go odnaleźć.
EREK
(z
wyrzutem)
A jak
mnie rok temu zginęła pościel, to nikt nie chciał mi pomóc szukać.
ENITA
(na cały
głos zza sceny)
No
pospiesz się, kołdra stygnie!
EREK
(przymilnie)
Chwileczkę,
kochanie.
TRISTAN
(bełkocze)
Izoldo,
ty moje kochanie.
ARTUR
(piłuje
brzeg stołu; nie odrywając wzroku)
Trzeba
szukać Graala. Zwołajmy obrady okrągłego stołu.
LANCELOT
(maskując
uśmieszek)
Tak
właśnie, zupełnie nie wiadomo, co się z nim stało.
PARSIFAL
Więc
musimy go szukać.
ARTUR
(przemieszczając
się powoli wokół stołu i rzeźbiąc w jego zewnętrznej krawędzi)
Trzeba go
koniecznie odnaleźć.
PARSIFAL
Zacznijmy
od poszukiwań!
ARTUR
Zwołajmy
obrady okrągłego stołu!
LANCELOT
(patrząc
ironicznie na stół)
Okrągłego?
EREK
Właśnie!
Co to za stół? Widziałem w życiu bardziej okrągłe rzeczy.
ARTUR
(uśmiechając
się pod nosem; dalej skrobie stół)
To już
nam opowiadałeś.
PARSIFAL
(rezolutnie)
Nic nie
szkodzi, będziemy siedzieli po wewnętrznej stronie stołu.
ARTUR
(machinalnie,
z zupełnym brakiem zainteresowania)
Świet-ny
po-mysł...
Rycerze
przerzucają krzesła i przechodzą do środka stołu. Siadają plecami do siebie i
zaczynają obradować. Tylko Artur robi co innego. Tristan z nowym zapasem
butelek przysypia z głową na stole.
PARSIFAL
Musimy
odszukać Graala.
EREK
(poważnym
tonem)
Żartujesz!
PARSIFAL
(jeszcze
poważniej)
Wcale
nie!
EREK
Zacznijmy
szukać w komnatach sypialnych.
LANCELOT
Ty tylko
o jednym. Moim zdaniem należy wyciąć wszystkie okoliczne lasy, spalić wioski,
wymordo...
EREK
(wzdraga
się)
Nie
lepiej byłoby dać ogłoszenie? Jak ktoś znajdzie to na pewno nam go odda.
LANCELOT
Wysłuchajmy,
co ma na ten temat do powiedzenia nasz pan, król Artur.
(cisza,
słychać tylko skrobanie)
TRISTAN
(zsuwając
się na ziemię, na środek kręgu; do siebie)
Oddajcie
mi moją Izoldę...!
LANCELOT
(do
Tristana)
Nie ty!
(zachęcająco)
No,
Artek, co o tym sądzisz?
ARTUR
No…
(dalej
dłubie; na podłodze pełno wiórów)
LANCELOT
Doskonały
pomysł!
EREK
Trzeba
się z tym pomysłem przespać.
PARSIFAL
Znowu
zaczynasz?
TRISTAN
(leżąc na
podłodze zauważa Graala, odkleja go i nalewa sobie do niego trunku miłosnego,
pije)
Izoldo,
to ty? Może chcesz się napić...? ...Ekhu! Ekhu! Kto tu tak kurzy?
PARSIFAL
(nie
zwracając na niego uwagi)
Na czym
to skończyliśmy?
EREK
Mieliśmy
właśnie przegłosować moją propozycję. Kto jest za moją propozycją, ręka do
góry.
(podnosi
do góry swoją rękę)
LANCELOT
Żeby dać
ogłoszenie? Nie ma mowy! Trzeba działać.
EREK
To damy
ogłoszenie i zaczniemy działać.
LANCELOT
Z tobą to
się nie da dogadać.
EREK
Nic
dziwnego, skoro siedzisz do mnie plecami.
LANCELOT
(oburzony)
Kto tu do
kogo siedzi plecami!
TRISTAN
Czy ktoś
mi może dolać?
(pokazuje
pusty kielich, ale nikt nie zwraca na niego uwagi)
LANCELOT
(wziąwszy
to za głos Erka)
Tak, tak,
z miłą chęcią, właśnie miałem zamiar to zrobić.
Wstaje i
odwraca się, to samo Erek. Zaczynają się okładać. Parsifal próbuje ich
rozdzielić. Między nimi, na podłodze przez nikogo niezauważony Tristan pije z
Graala.
PARSIFAL
No weźcie
się uspokójcie, przecież mieliśmy szukać Graala. Siadać na swoje miejsca, ale
to już!
(Erek i
Lancelot siadają grzecznie na swoich miejscach; znowu tyłem do siebie)
ARTUR
(z
wyrzutem)
Nie można
się skoncentrować! Tylko mnie rozpraszają...
PARSIFAL
Proponuję,
żebyśmy przegłosowali moją propozycję.
EREK i
LANCELOT
(chórem)
Jaką?
PARSIFAL
Żebyśmy
zaczęli szukać Graala.
LANCELOT
Możesz ty
się wreszcie zdecydować? Ciągle zmieniasz zdanie.
PARSIFAL
(z
udawana skromnością)
Co ja na
to poradzę, że mam tyle nowych pomysłów?
LANCELOT
I co z
tego, skoro wszystkie tak samo głupie.
PARSIFAL
Głupie? A
twoje to są może lepsze?
LANCELOT
A żebyś
wiedział!
(wstają i
zaczynają się okładać. Korzystając z tego, Erek próbuje zwiać)
LANCELOT
(przerywa
walkę; do Erka)
Te, gdzie
to?
PARSIFAL
No
właśnie! Gdzie to?
(chwyta
Erka za rękę)
Do sali
wbiega dawno niewidziany Iwein. Mimo dziesięciu lat „na wojnie” nie wygląda na
zmęczonego.
IWEIN
(z
przejęciem)
Za chwilę
przybędzie tu Karol Wielki ze swoim siostrzeńcem Rolandem. Chcą koniecznie
zobaczyć Graala.
Na moment
zapanowywuje cisza. Tristan przytomnieje. Przykleja kielich z powrotem do stołu, aczkolwiek już nie tam, gdzie poprzednio i nieudolnie próbuje schować gdzieś butelki. Artur dalej obrabia mieczem stół, z którego
zostały już tylko dwie trzecie.
LANCELOT maca pod stołem, ale Graala tam nie ma.
(dyskretnie
do Artura)
Te,
Artek, gdzie jest Graal?
ARTUR
(obojętnie)
Nie wiem,
ty go schowałeś.
LANCELOT
(do
Iweina)
Zajmij
ich rozmową, albo co...
IWEIN
Już wiem,
pokażę im moją nową zbroooo…aaa!
(wpada w
poślizg na rozlanym przez Tristana napoju)
Kto tu
rozlał to cholerstwo?!
LANCELOT
(rozpaczliwym
tonem)
Cholera,
nie ma Graala!
PARSIFAL
Toś ty
dopiero teraz się zorientował, że go nie ma?!
Do sali
wchodzi (w koszuli nocnej) zniecierpliwiona Enita i zaczyna ciągnąć Erka; z
drugiej strony ciągnie go Parsifal.
EREK
Ratunku!
Ratunku!! Ratunku!!!
ENITA
(z
wyrzutem)
Będzie mi
się szlajał po okrągłych...
(z
wybałuszonymi oczami patrzy przez chwilę na stół)
...stołach
LANCELOT
(trzymając
się za głowę biega dookoła stołu)
Gdzie
jest Graal? Gdzie jest Graal?! Gdzie jest Graal?!!
TRISTAN
(pojękuje)
Izoldo,
ach, Izoldo!
W oddali
słychać kroki Karola Wielkiego i Rolanda oraz głos Karola.
KAROL
WIELKI
(do
Rolanda)
Słyszałem,
że Graal ma na ludzi bardzo pozytywny wpływ. Na pewno udzieli nam trochę swojej
energii przed wyprawą na Saracenów.
(wchodzą;
stają w progu; Karol przez chwilę obserwuje sytuację; do Rolanda)
Dlaczego
oni trzymają Graala pod blatem stołu?
ROLAND
(schyla
się i dyskretnie zagląda pod stół)
Nie wiem,
ale lepiej stąd chodźmy, bo jeszcze nam się udzieli.
KAROL
WIELKI
(wielki,
ale niestety nie wzrostem)
Masz
rację, chodźmy. A tak na przyszłość, nie wymachuj tak kolanami, bo mnie
uderzysz w głowę.
(wychodzą
niezauważeni)
(kurtyna)
czwartek, 2 stycznia 2014
Słów parę o muzyce - Johanna Kurkela
Na nieformalnym spotkaniu z jednym z marketing managerów bardzo liczącej się wytwórni płytowej padło pytanie o to, jakie czynniki decydują o tym, że promuje się tego konkretnego artystę, a nie innego. Otóż decyzja ta pochodzi z góry, bynajmniej nie od Boga, ale od jakiegoś wyżej postawionego człowieczka, który wymaga, żeby skoncentrować się w szczególności na promocji np. Justina Biebera czy Miley Cyrus. Nie wiadomo zatem tak na prawdę, jakie czynniki determinują sukces. Wiadomo tylko, że jeśli niżej postawieni bardziej lokalni menadżerowie nie zaangażują się dostatecznie w całe przedsięwzięcie, to zaangażuje się w tym celu innych. Idą za tym takie pieniądze, że z przeciętnego artysty można zrobić gwiazdę, która nawet nie musi specjalnie ilościowo ani jakościowo śpiewać. Wystarczy, że od czasu zszokuje ludzi lizaniem młotka i huśtaniem się nago na... no właśnie... wpiszcie sobie na Google Grafika "kula do burzenia budynków".
Powoli zacząłem mieć dość słuchania w kółko tej samej muzyki puszczanej w radiu. Prawie zawsze po angielsku, prawie zawsze o tym samym. W tym przypływie przerażenia i paniki sięgnąłem najdalej, jak się chyba dało bez opuszczania Europy i zacząłem przeszukiwać fiński rynek muzyczny z naciskiem na artystów śpiewających po fińsku. Żeby się wreszcie skupić na muzyce, a nie na słowach. Po dwóch pierwszych próbach z fińskim hip-hopem (d**y jakoś nie urywa, ten język się do tego po prostu nie nadaje) trafiłem na Johannę Kurkelę (Johanna Kurkela - odmieniać to czy nie odmieniać?) i mało, że się zakochałem w muzyce, to jeszcze prawie w dziewczynie. Bo tu nagle skromna dziewczyna (nie jakaś tam wymalowana majli lala) śpiewa pięknym i czystym głosem piosenki, które nie eksplodują efektami specjalnymi, nie przyspieszają akcji serca, tylko spowalniają. Johanna zapewne nigdy w życiu nie wystąpiła by nago na żadnej kuli ani nie lizała by młotka, żeby podbić ilość wejść na YouTuba ("te, zobacz, bardziej kretyńskiego teledysku chyba nie widziałeś"). W Polsce jest znana co najwyżej osobom ściśle zainteresowanym. Szkoda, bo wolę oglądać ją niż Lady Gagę. Ale przede wszystkim słuchać.
Powoli zacząłem mieć dość słuchania w kółko tej samej muzyki puszczanej w radiu. Prawie zawsze po angielsku, prawie zawsze o tym samym. W tym przypływie przerażenia i paniki sięgnąłem najdalej, jak się chyba dało bez opuszczania Europy i zacząłem przeszukiwać fiński rynek muzyczny z naciskiem na artystów śpiewających po fińsku. Żeby się wreszcie skupić na muzyce, a nie na słowach. Po dwóch pierwszych próbach z fińskim hip-hopem (d**y jakoś nie urywa, ten język się do tego po prostu nie nadaje) trafiłem na Johannę Kurkelę (Johanna Kurkela - odmieniać to czy nie odmieniać?) i mało, że się zakochałem w muzyce, to jeszcze prawie w dziewczynie. Bo tu nagle skromna dziewczyna (nie jakaś tam wymalowana majli lala) śpiewa pięknym i czystym głosem piosenki, które nie eksplodują efektami specjalnymi, nie przyspieszają akcji serca, tylko spowalniają. Johanna zapewne nigdy w życiu nie wystąpiła by nago na żadnej kuli ani nie lizała by młotka, żeby podbić ilość wejść na YouTuba ("te, zobacz, bardziej kretyńskiego teledysku chyba nie widziałeś"). W Polsce jest znana co najwyżej osobom ściśle zainteresowanym. Szkoda, bo wolę oglądać ją niż Lady Gagę. Ale przede wszystkim słuchać.
środa, 1 stycznia 2014
Noc posylwestrowa
Po raz kolejny spróbowałem pójść w nocy do lasu. Zaplanowana trasa o długości około czterech kilometrów zatacza w lesie pętlę. Została wyznaczona po konsultacji z Google Maps (widok: satelita) tak, aby nie były to jakieś wąskie leśne ścieżyny, tylko dość szerokie leśne drogi.
Idę więc dziś do lasu. Nie czuję żadnego strachu, przerażenia, paraliżu ani syndromu przedegzaminacyjnego. Tak jak bym szedł na zwykły spacer, ot tak, do lasu i z powrotem. Spacer ma zweryfikować moją zdolność do orientacji w terenie leśnym w warunkach nocnych, dlatego ważne jest przejście z góry wyznaczoną trasą. I tak po pół godziny spaceru do miejsca startu wchodzę do lasu. Na początku idę skrajem polany, gdzie jest względnie jasno, i boję się trochę, ale już dalej w las zupełnie ciemno i strach mija. Wyobraźnia odstawiona w kąt.
Schody zaczynają się już po przejściu pierwszego kilometra. Ścieżki coś się rozwidlają. Tego nie było w planie. Nie wiem, w którą stronę mam iść. Na początek próbuję bardziej w lewo. Jednak po niedługim czasie ten kierunek traci wiarygodność a w oddali słychać buszujące dziki gdzieś mniej więcej przede mną. Więc zawracam i idę na rozwidleniu prawo. Tu zachodzę nieco dalej, ale dziki słychać jeszcze bardziej na lewej flance. Co najmniej trzy sztuki. Wystarczająco dużo, żeby mnie okrążyć. Po jakimś czasie się uciszają, jakby zatrzymały się i obserwowały mnie. Wystarczy jednak głośniej poszurać nogą i się uaktywniają. Próbuję namierzyć je latarką, ale jest za gęsto, wydychane nosem powietrze zamienia się w parę i skutecznie utrudnia patrzenie. Cholernie boję się, że mogą mnie zaskoczyć.
Desperacki zamiar pójścia dalej ostatecznie krzyżuje wdepnięcie w dość głęboką błotnistą kałużę. Nie mogę jednocześnie patrzeć za dzikami, patrzeć pod nogi i nasłuchiwać, gdy błocko bezczelnie plumka pod moimi butami. Słabo by wyglądała ewakuacja w takiej sytuacji. Nie wiem jaką mam podstawę wybierać się wiosną na 25-cio kilometrowy nocny marsz na orientację, jeżeli już po półtora kilometra tracę pewność gdzie jestem. Nie wspominam o innych atrakcjach. No ale może krok po kroku?
Ciemny las, czasem zawieje wiatr i zaszeleszczą wysuszone dębowe liście na drzewach. Robi się nieswojo. Od czasu do czasu słychać w oddali wybuchy. To jeszcze pozostałości fajerwerków i petard z dzisiejszej nocy sylwestrowej. Te wybuchy o dziwo dodają mi pewności siebie. Dziwny jest ten świat.
Idę więc dziś do lasu. Nie czuję żadnego strachu, przerażenia, paraliżu ani syndromu przedegzaminacyjnego. Tak jak bym szedł na zwykły spacer, ot tak, do lasu i z powrotem. Spacer ma zweryfikować moją zdolność do orientacji w terenie leśnym w warunkach nocnych, dlatego ważne jest przejście z góry wyznaczoną trasą. I tak po pół godziny spaceru do miejsca startu wchodzę do lasu. Na początku idę skrajem polany, gdzie jest względnie jasno, i boję się trochę, ale już dalej w las zupełnie ciemno i strach mija. Wyobraźnia odstawiona w kąt.
Schody zaczynają się już po przejściu pierwszego kilometra. Ścieżki coś się rozwidlają. Tego nie było w planie. Nie wiem, w którą stronę mam iść. Na początek próbuję bardziej w lewo. Jednak po niedługim czasie ten kierunek traci wiarygodność a w oddali słychać buszujące dziki gdzieś mniej więcej przede mną. Więc zawracam i idę na rozwidleniu prawo. Tu zachodzę nieco dalej, ale dziki słychać jeszcze bardziej na lewej flance. Co najmniej trzy sztuki. Wystarczająco dużo, żeby mnie okrążyć. Po jakimś czasie się uciszają, jakby zatrzymały się i obserwowały mnie. Wystarczy jednak głośniej poszurać nogą i się uaktywniają. Próbuję namierzyć je latarką, ale jest za gęsto, wydychane nosem powietrze zamienia się w parę i skutecznie utrudnia patrzenie. Cholernie boję się, że mogą mnie zaskoczyć.
Desperacki zamiar pójścia dalej ostatecznie krzyżuje wdepnięcie w dość głęboką błotnistą kałużę. Nie mogę jednocześnie patrzeć za dzikami, patrzeć pod nogi i nasłuchiwać, gdy błocko bezczelnie plumka pod moimi butami. Słabo by wyglądała ewakuacja w takiej sytuacji. Nie wiem jaką mam podstawę wybierać się wiosną na 25-cio kilometrowy nocny marsz na orientację, jeżeli już po półtora kilometra tracę pewność gdzie jestem. Nie wspominam o innych atrakcjach. No ale może krok po kroku?
Ciemny las, czasem zawieje wiatr i zaszeleszczą wysuszone dębowe liście na drzewach. Robi się nieswojo. Od czasu do czasu słychać w oddali wybuchy. To jeszcze pozostałości fajerwerków i petard z dzisiejszej nocy sylwestrowej. Te wybuchy o dziwo dodają mi pewności siebie. Dziwny jest ten świat.
Hobbit. Pustkowie Smauga
Zebrałem się na obejrzenie drugiej części Hobbita tylko dlatego, że skusiła mnie recenzja, według której druga część jest znacznie lepsza od pierwszej. Pierwsza mnie lekko rozczarowała, myślałem, że może po prostu była słabsza i nie można skreślać całości. Nie wiem, kiedy dokładnie przyszedł ten moment, w którym dotarło do mnie, że oglądam komedię. Na pewno jeszcze przed 60 minutą.
Dlaczego komedię? Bardzo zabawne, iście abstrakcyjne, powiedziałbym, sceny walk, w których kobieta w (niemalże) pojedynkę rozwala zgraję orków, przypominają bardziej jakąś odrealnioną grę komputerową, w której postacie za przeproszeniem napierdalają się, ale giną tylko przeciwnicy, bo tak jest napisane w scenariuszu. Jeśli kogoś trzyma to w napięciu, to musi być bardzo znudzony życiem. Zwieńczeniem tych wszystkich nieoczekiwanych zwrotów akcji jest sekwencja walk ze smokiem z ognioodpornymi (łącznie z włosami) krasnoludami w rolach głównych. Film pozostawia obojętnym, nie rusza jak Władca Pierścieni, ani trochę. Smok jest perfekcyjnie straszny, ale nie przeraża, a całość wywołuje tylko pusty śmiech.
Peter Jackson postanowił jeszcze trochę pociągnąć na swoim poprzednim (zasłużonym) sukcesie. Władcę Pierścieni widziałem w wersji reżyserskiej (chyba około 12 godzin łącznie) co najmniej pięć razy i nie było mi dość. Na kolejnym seansie Hobbita zasnąłbym niechybnie. Ale takie są skutki rozciągania cieniutkiej książeczki do rozmiarów trzech prawie trzygodzinnych filmów. Pusty czas trzeba wypełnić rozbudowanymi scenami pojedynków. Dzięki temu mamy "genialny" film, w którym wprawdzie cały czas ktoś się z kimś tłucze, goni, ucieka, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Pełno rozmachu, zero epiki. Ale jeśli Hobbit odniesie sukces, nie łudźmy się, przyjdzie i czas na Silmarillon. I to na pewno w co najmniej trzech częściach.
Dlaczego komedię? Bardzo zabawne, iście abstrakcyjne, powiedziałbym, sceny walk, w których kobieta w (niemalże) pojedynkę rozwala zgraję orków, przypominają bardziej jakąś odrealnioną grę komputerową, w której postacie za przeproszeniem napierdalają się, ale giną tylko przeciwnicy, bo tak jest napisane w scenariuszu. Jeśli kogoś trzyma to w napięciu, to musi być bardzo znudzony życiem. Zwieńczeniem tych wszystkich nieoczekiwanych zwrotów akcji jest sekwencja walk ze smokiem z ognioodpornymi (łącznie z włosami) krasnoludami w rolach głównych. Film pozostawia obojętnym, nie rusza jak Władca Pierścieni, ani trochę. Smok jest perfekcyjnie straszny, ale nie przeraża, a całość wywołuje tylko pusty śmiech.
Peter Jackson postanowił jeszcze trochę pociągnąć na swoim poprzednim (zasłużonym) sukcesie. Władcę Pierścieni widziałem w wersji reżyserskiej (chyba około 12 godzin łącznie) co najmniej pięć razy i nie było mi dość. Na kolejnym seansie Hobbita zasnąłbym niechybnie. Ale takie są skutki rozciągania cieniutkiej książeczki do rozmiarów trzech prawie trzygodzinnych filmów. Pusty czas trzeba wypełnić rozbudowanymi scenami pojedynków. Dzięki temu mamy "genialny" film, w którym wprawdzie cały czas ktoś się z kimś tłucze, goni, ucieka, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Pełno rozmachu, zero epiki. Ale jeśli Hobbit odniesie sukces, nie łudźmy się, przyjdzie i czas na Silmarillon. I to na pewno w co najmniej trzech częściach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)