piątek, 31 stycznia 2014

Ciągi myślowe ['Wesele']

W "Metrze" artykuł. O tym, że w Polsce statystyki czytelnictwa są tragiczne. 60 procent Polaków w ogóle nie czyta książek. Już nie tylko analfabetyzm wtórny ale i pierwotny. Dzieci książek nie czytają. Bo po co czytać książki, skoro są streszczenia? Bo się w polskich szkołach czyta książki na zaliczenie. Wszystko się robi w Polsce na zaliczenie. Po dwóch latach autostrada może się rozpaść na kawałki.

I piszę to pod wpływem...

Po całym moim ciągu edukacyjnym włącznie z pięcioma latami studiów filologicznych dopiero po czterech latach zaczynam dochodzić do siebie i włączać w swoje życie książki... Bo polski system edukacji wyrabia w człowieku książkowstręt. Piszę to pod wpływem filmu, nie książki.

Uważaj, jakie filmy oglądasz, bo możesz skończyć z kacem...


Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór, ostał ci się ino sznur. Smutny film o Polakach, na miarę Wyspiańskiego. Może nie dzieciom się go powinno puszczać, zamiast steku bezsensownych lektur, ale co najmniej młodzieży w wieku około osiemnastki. Bo ich rodziców już się do niczego nie zmusi. Zamiast Wyspiańskiego. Na pewno bardziej trafi. Bardzo cenię i szanuję Mickiewicza za jego lekki i cięty(!) język, ale nie wydaje mi się, żeby nadał mojemu życiu coś więcej oprócz ulotnego poczucia, że posiadam wykształcenie. Mickiewicz, Słowacki ani Sienkiewicz nie przygotują nikogo do stawienia czoła życiu, do podjęcie właściwych (albo niepodjęcia niewłaściwych) decyzji w kluczowych życiowych momentach

Może zamiast spędzać dzieci na szkolne superprodukcje - z tego co pamiętam na pewno był 'Pan Tadeusz' i 'Quo Vadis' (zupełnie nie wiem po co puszczać dzieciom film o prześladowaniu chrześcijan i nie zgadzam się w tym kontekście na przemilczanie losu czarnoskórych niewolników sprowadzanych na amerykańskie plantacje) - może zamiast tego wysłać do kina, w którym można zobaczyć własne odbicie, takie, jakie nam grozi. Zamiast karmić się patriotyczno-religijną papką, budującą w nas dumę nie z tego, kim naprawę jesteśmy, tylko z naszej urojonej wizji samych siebie. Zawczasu - żeby potem być Polakami, a nie polactwem.

Tak, książki trzeba czytać, bo ich niezaprzeczalną wartością jest to, że zapobiegają analfabetyzmowi. Ale niech każdy czyta to, co uważa za ciekawe, a nie to, co musi zaliczyć. Bo nie liczy się zaliczenie, tylko zaliczanie.

niedziela, 26 stycznia 2014

Gotuj z kuchenką

Już dawno nie byłem zadowolony z tego, co ugotowałem. Ale dzisiaj...

W ROLACH GŁÓWNYCH:
0,5 kg brokuł(-a/-u)
filet z piersi z kurczaka (zależy ile kto mięsa lubi)
makaron świderki (zależy ile kto woli wypełniacza)
4 ząbki czosnku - Nominacja do Oscara za całokształt twórczości
ser żółty typu najtańszy z Biedronki
jedna czerwona cebula - Nominacja w kategorii Odkrycie Roku
zioła prowansalskie
sól (zamiast soli można dać ser feta, nie ma dużej różnicy)

W POZOSTAŁYCH ROLACH:
woda (do ugotowania makaronu i brokuła/-u) - Nominacja do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową
rondelek lepiej z przykrywką
duży garnek koniecznie z przykrywką
"koszyczek" - takie coś nie wiadomo co do gotowania różnych rzeczy na parze
nóż, drewniana łyżka (funkcje czysto logistyczne)
tarka (do czosnku i sera)
deska do krojenia
duża patelnia
kuchenka - kolejna Nominacja za najlepszą rolę drugoplanową. Oj, będzie emocjonujący wieczór.

MUZYKA
Marko Perković

EFEKTY WIZUALNE
żarówka typu energooszczędna (nie wiem jaki model, bo nie było widać pod światło)

SCENARIUSZ I REŻYSERIA
Spontan

ŚWIATŁA, KAMERA, AKCJA!
Brokuł gotujemy na parze, jak już się ugotuje, wyrzucamy go za okno na parapet, żeby trochę przestygł i odparował na mrozie. W tym czasie w rondelku dusi się z niewielkim dodatkiem oleju pokrojone w kostkę mięso. Gdy mięso już podduszone dodajemy pokrojoną w kostkę czerwoną cebulę (tu trzy uwagi: 1) cebulkę dodajemy później, bo akurat później mi się przypomniało, że coś takiego posiadam; 2) cebulka jest czerwona, bo normalnie nie było zwykłej, czego wcale nie żałuję; 3) cebulka pokrojona w kostkę, co się rzadko zdarza i jest oznaką wielkiego zaangażowania w przygotowanie obiadu). Zanim brokuł zamarznie na mrozie zabieramy go do kuchni i używamy garnka do ugotowania makaronu. Ugotowany makaron również wyrzucamy za okno w wiadomym celu. Zawartość rondelka przerzucamy na patelnię, na to wrzucamy makaron, następnie brokuł, starty na tarce czosnek, sól, zioła prowansalskie. Mieszamy i podgrzewamy na patelni. Na koniec starty na tarce ser żółty. Mieszamy i lekko przypalamy w myśl zasady: lepiej zwęglone niż surowe.

:))))

sobota, 25 stycznia 2014

Szelest morza

Sobota, godzina 6:10, za oknem ciemno, zimno. Minus piętnaście stopni. Niebo generalnie wydaje się bezchmurne, choć gwiazd trudno się dopatrzyć. Dzwoni budzik. Normalnie wstaję o 7:10, ale dzisiaj mam wolne. Już 20 minut później na wschodnim horyzoncie można dopatrzyć się pierwszych oznak świtu. Słońce wzejdzie za prawie półtorej godziny. Wystarczy, żeby dojechać na plażę i zająć miejscówkę. Na orłowskiej plaży dość tłoczno mimo tak wczesnej pory (7:15). Pół godziny do wschodu słońca, na plaży praktycznie jasno. Kilka osób ze statywami, kilka bez. To pierwszy prawdziwie zimowy wschód słońca tej zimy.

Horyzont nie jest gładki jak zawsze, horyzont jest poszarpany. Paruje woda, wznoszą się smugi i kłęby pary, ciągną się nisko nad wodą. Między falami tworzą się małe światy, mgliste dolinki, i układają się w krajobraz przypominający jesienny bieszczadzki wschód słońca. Morze zamarza. Powoli. Na plaży niczym morska piana leżą wzdłuż morza zwały ni to śniegu ni to lodu, zamarzniętej morskiej wody. Pod nią z kolei gęsta półpłynna substancja - coś między lodem a wodą. Morze dziś nie szumi, dzisiaj morze szeleści. Szeleści drobinkami lodu ocierającymi się o siebie, wyrzucanymi na plażę. Kamienie zalane lodem niczym przezroczystą polewą błyszczą w pomarańczowym słońcu.

Z nosa kapie prosto na aparat. Zamarza po kilku sekundach. Ale wiosnę czuć w świetle słońca.

czwartek, 23 stycznia 2014

Kubków ci u nas dostatek (bez cenzury)

Trzeba być troszku popierdolonym (przepraszam za słownictwo), żeby do kosza na śmieci, który się znajduje w standardowej wielkości wiadrze, wrzucać plastikowe butelki o pojemności do litra włącznie nawet ich nie zgniótłszy. Że już nawet nie wspomnę o sortowaniu śmieci na odpady organiczne i resztę. Nie, wszystko leci do jednego kosza. Z kosza się prawie wysypują obierki i inne odpady organiczne a na dnie połowę miejsca zajmują kurwa dwie butelki i wstrętne plastikowe opakowanie po jakimś serku. Ludzie, trzymajcie mnie. Jakie mnie na ten widok ogarnia obrzydzenie z przerażeniem, wstrząśnięte, nie zmieszane.

Trzeba być równie "nierozgarniętym", żeby kubek z niedopitą herbatą (łącznie z torebką; chyba tak się to nazywa, nie wiem, nie piję herbaty) wrzucać do zlewozmywaka prosto na ociekającą tłuszczem patelnię. Ale żeby to był jeden kubek. Dziesięć kubków się już nazbierało przez ostatnie dwa dni, nie wspominając o niepoliczalnej na placach ilości łyżek, widelców i noży (które po smarowaniu nimi chleba masłem zostają wrzucone za przeproszeniem ujebane grubą ale to naprawdę grubą warstwą masła). Jest wprawdzie jeszcze kolejnych dziesięć czystych kubków, ale niepozmywany całokształt już za bardzo wystaje ponad linię zlewozmywaka, że już niedługo zacznie się wysypywać na podłogę.

Zebrało mnie na litość, wziąłem się za to wszystko, choć taki wybór, że nie wiadomo, od czego zacząć. Rozumiem, sesja, nie ma czasu. Zebrało mnie na litość, bo współlokatorka chyba zrozumiała, że trzeba się wykazać jakimkolwiek zaangażowaniem i po tygodniu kupiła wreszcie papier toaletowy (to chyba pierwsza rzecz, jaką kupiła od pół roku). Dobra, biedni studenci. Zebrało mnie na litość, ale żeby nie musieć potem żałować, dodałem lekki akcent dydaktyczny: kubki zostają nieumyte. Ciekawość wzięła górę. Zobaczymy, czy sięgnie po kolejne 10 kubków z szafki, czy osiągniemy magiczną liczbę 20 kubków w zlewozmywaku. A w razie czego są jeszcze szklanki. Dużo szklanek...



środa, 22 stycznia 2014

Dziadek

Dzisiaj podobno dzień dziadka. Mówię 'podobno', bo nie dotyczy mnie już od siedemnastu lat. Jedyny z moich dziadków, którego znałem, odszedł w wieku 90 lat, jakoś w styczniu. Była wtedy zima jakich mało, zamarzały rzeczy, które rzadko zamarzają. Ja miałem wtedy lat jedenaście i można powiedzieć, że już teraz bardziej go nie znam niż znam. Ale pamiętam.

Gdybym mógł wskrzesić dziadka choćby na tydzień, na pewno miałbym do niego tyle pytań, że być może by mi nawet tego tygodnia zabrakło. Posłuchałbym opowieści o tym, jak było kiedyś, posłuchałbym historii różnych najróżniejszych, których w wieku jedenastu lat zapewne bym nie zrozumiał albo w ogóle by mnie nie interesowały. Ale dziadka już nie wskrzeszę.

Moja babcia wciąż żyje, ale zbyt daleko, zbyt odizolowana w swoim świecie, do którego dźwięki już ledwie docierają. Kiedyś też odejdzie i zabierze ze sobą niezliczone wspomnienia. Tylko ona wie, co zachowała dla siebie. Nas kiedyś spotka to samo. Czy nas będzie chciał ktokolwiek słuchać, czy tylko pozostanie to, co napisaliśmy?

wtorek, 21 stycznia 2014

Pamięć

Koniec szutrowej drogi, którą właśnie wyprzedził mnie samochód, niknie w tumanie pyłu. Schronienia nie obiecują nawet ciągnące się po obu stronach pola kukurydzy. Trzeba przeczekać aż kurz opadnie, jak emocje.

W dość symbolicznym centrum wsi stoi przy skrzyżowaniu czterech dróg sklep. Dzisiaj nawet nikt pod nim nie pije. Cisza.

To chyba niedziela była.

Przyjechałem tu od wschodu. Na południe dojeżdża się do szosy, którą dziesiątki razy przemierzałem jako pasażer samochodu. Tędy zawsze jechało się do/od babci. Ta droga zapadnie w pamięć na zawsze. Jakkolwiek by się nie zmieniła, zawsze odnajdę w niej coś znajomego. Wszystko piękne, co znane z dzieciństwa, zapada w pamięć jako coś magicznego. To, czy zapadło w pamięć, okazuje się dopiero po latach. Na północny wschód dojedzie się jakoś do miejsca, gdzie inna z kolei szosa zapada w las. Też zapadła w moją pamięć. Tu był mój pierwszy raz w lesie. Wtedy (a miałem może z pięć lat) po raz pierwszy usłyszałem o sobie, że mam świetną orientację w terenie, tylko dlatego, że wiedziałem, w którą stronę należy wracać. Ponad dwadzieścia lat temu. Pamiętam jak dziś, pamiętam dokładnie. Na zachód jedzie się dalej i dalej, w rozległe lasy pełne jeziorek, wzniesień i bagien. W miejsca, do których zawsze ciągnęło mnie jak do tego nieznanego.

Samotna leśniczówka w towarzystwie trzystuletniego dębu i alei dwustuletnich modrzewi. Musiała to być bardzo stara droga. Kolejne magiczne miejsce z dzieciństwa. To miejsce raz nabierało a raz traciło swą moc. Teraz czuje jak wyjątkowo emanuje energią. Wioski schowane w lesie, jak mawiali rodzice, zabite dechami, bo ze wszystkich stron las. Gdzieś dalej na skraju wsi schowana w przydrożnych zaroślach opuszczona chałupa, na dachu której widać jeszcze resztki strzechy. Po przejechaniu jednej z wiosek wjeżdżało się na bardzo szeroką ziemną drogę prowadzącą przez las. Robiła niepokojące wrażenie. Teraz już położyli asfalt, straciła sto procent swojego uroku, zyskała na przejezdności. Takie są koleje. Moja babcia opowiadała, jak pracowała przed wojną w sklepie. Wracała do domu tylko na weekend (weekend, jak to się wtedy nazywało? chyba: na niedzielę), bo sklep znajdował się około dwadzieścia kilometrów od domu jej rodziców. Szła na piechotę, z czego dziesięć kilometrów przez las. Wtedy nie było szosy, tylko zwykła polno-leśna droga. Szło się nocą. Teraz, jeśli się przyłożę, jestem w stanie przejechać przez las rowerem w pół godziny.

Jadąc na południe w pewnym miejscu skręcało się w lewo w ledwie zauważalną leśną ścieżkę. Po około dwóch kilometrach znowu w lewo, tym razem już nie ścieżką, tylko przez las, przecinką. Po kilkuset metrach las się przerzedzał i zaczynało się coś jakby bagno. Jeziorko powoli zarastające. Tak zwane głodne jeziorko, zapewne dlatego, że połykało różne rzeczy. Dopiero w tym miejscu czułem, że tu jest pusto, jestem sam, tylko ja i dzikość przyrody. Cisza. Tu poczułem ją pierwszy raz.

Dlaczego po paru latach znowu przyjeżdżam w to miejsce? Byłem później w wielu innych miejscach, gdzie było równie pusto, dziko i odludnie. To formalnie bezimienne jeziorko stało się dla mnie pewnym archetypem (wzorcem?) dzikiej przyrody. Trudno już bez niego żyć. Chodzi za mną od dwóch dni, od dwóch dni nie wiem czemu nie mogę przestać o tym miejscu myśleć...

Za pomocą hipnozy można wyciągnąć z człowieka szczegóły wszystkiego, co widział, słyszał i odbierał wszelkimi innymi zmysłami. Swoisty film w (bardzo) HD z dźwiękiem i innymi atrakcjami. Po bajtach są kilobajty, potem mega, giga i tera. Kilka kolejek dalej jest taka jednostka, która zapewne pomieści wszystko to, co mamy w pamięci, łącznie z tym, z czego sobie sprawy nie zdajemy. Czy to wszystko jest naprawdę w naszych głowach, czy też jesteśmy podłączeni do jakiejś większej jednostki, pamięci zbiorowej, Kroniki Akaszy, chmury, cloud hosting server, czy jak to jeszcze nazwiemy?

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Czas na opowiadanie: Burza



Czasami w mroźne zimy tęsknie wspominam lato. Bywają jednak lata, których wywierają mieszane uczucia.


To było już bardzo dawno temu. Był późny wieczór po upalnym dniu. Powoli zbierałem się spać, byłem sam. To był bardzo męczący dzień. Zasuwając zasłony w oknie domu mojej babci, gdzie spędzałem wakacje, zauważyłem coś, co wzbudziło moją ciekawość. Na bardzo odległym horyzoncie pojawiała się co chwila mała, biała łuna światła. Domyśliłem się, że to musi być burza. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Byłem młody i nie bałem się niczego.



Wyszedłem na dwór. Na zachodzie błyskało się coraz mocniej i częściej. Ale nie było nawet słychać grzmotów. Burza musiała być bardzo daleko. Na niebie nie było nawet pojedynczej chmurki, świecił księżyc, lśniły gwiazdy. Wróciłem do domu i położyłem się spać. Okrągły towarzysz nocy zaglądał mi do pokoju przez szparę w zasłonie. Patrzałem na niego jak na gwaranta spokoju i bezpieczeństwa. Nie wiem kiedy zasnąłem.



Ze snu wyrwały mnie jednocześnie potężny huk, wstrząs i błysk. Wydawało mi się, że przez zamknięte powieki zobaczyłem cały pokój. Zerwałem się na równe nogi, chciałem zobaczyć która godzina. Zegarek stał; wszystkie zegary stały; była 23:54.



Za oknem błyskało się dosłownie bez przerwy. Nieustanny grzmot wprawiał drewniany dom w nieustanne drżenie. Słychać było falującą na dachu blachę. Niedomkniętym oknem od południa szarpało na wszystkie strony. Zapaliłem światło i podszedłem by je domknąć. Starałem się nie patrzeć w niebo, żeby błyskawice nie odebrały mi wzroku. Mimo to rzucił mi się w oczy dziwnie pomarańczowy odcień budynku gospodarczego naprzeciwko okna. Odruchowo spojrzałem na zachód. Przeszły mnie ciarki. Cały horyzont wydawał mi się płonąć. W ogniu stała część zabudowań gospodarczych sąsiadów, jakieś 400 metrów na zachód.

 - To na pewno od tego pioruna - pomyślałem - chyba trafił w samą prosto w stodołę ze słomą.

Iskry latały nad domem. W pewnym momencie przez głowę przeszła mi przerażająca myśl:

 - Świerki! - rzuciłem się do sieni



Świerki posadził w rzędzie mój dziadek grubo ponad pół wieku temu. Było ich około 20, niektóre dochodziły do 30 metrów wysokości; stały na północny zachód od domu. Mogły by spokojnie stać jeszcze przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Teraz widziałem przedzierające się przez ich miotające się na wietrze gałęzie. Mogłem tylko patrzeć. Jak na złość, nie padało. Wystarczyło, że zapali się jeden...



Odłączyli prąd.



Patrzałem na to wszystko jak na koniec świata, który może lada chwila nastąpić. Dom był tak samo łatwopalny jak świerki. I tylko 15-20 metrów od nich. Nie wiedziałem, czy mam uciekać. Ani dokąd. Nie miałem też pojęcia, gdzie może być klucz do murowanej piwnicy; nie było czasu na szukanie. Wolałem patrzeć jak, jedno po drugim, kolejno zapalają się drzewa, najpierw te najdalej od domu. W tej chwili wydawało mi się, że już nawet pioruny przestały bić, tylko po to, żebym mógł na to wszystko patrzeć. Ale to chyba tylko wrażenie. Byłem zbyt zszokowany by trzeźwo myśleć, nawet by się bać.



Gdyby jeszcze w tym momencie zaczęło bardzo mocno padać, być może wszystko potoczyło by się inaczej. Tymczasem suchy wiatr wywijał tam i z powrotem płonącymi jak pochodnie gałęziami najwyższego z drzew.



Nie wiedziałem już zupełnie co robię. Uciekłem do domu. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, że stodoła ma już apogeum ognia za sobą. Teraz była moja kolej. Płomień ze świerków zbił się w jeden wielki słup ognia, prący na wschód, z wiatrem, i rozszerzający się nieubłaganie w kierunku domu.



Byłem w środku i wiedziałem, że już za chwilę jedynym wyjściem będzie południowe okno. Zamiast zabrać co ważniejsze dokumenty i uciekać, usiadłem przy stole w środku pokoju. Zapaliłem świecę, postawiłem ja przed sobą. Płomień drżał, tak jak cały dom. Wpatrywałem się w niego jak w ostatnią nadzieję.

 - Albo ty, albo on - pomyślałem.

Ale nie gasł, nawet mimo dużego przeciągu. Na tej tylko podstawie wiedziałem że jeszcze nie czas; że jeszcze nie płonę.



I zacząłem się modlić. Przypomniałem sobie wszystkie modlitwy jakie niegdyś znałem. Później już własnymi słowami. Potem zaczął padać deszcz, albo nawet grad. Walił z ogromną siłą w blaszany dach, usypiał mnie swoją regularnością. Wiatr ustał. Głowa opadła na stół. Zasnąłem.



Rano znalazłem siebie jeszcze żywym. Zaspanymi oczami ujrzałem leżącą na dywanie świecę, obok plamę wosku. Miałem dziwne wrażenie, że bardziej mnie nie ma niż jestem Nie byłem nawet pewien, czy mi się to wszystko nie śniło. Wyszedłem na dwór, stałem w wielkiej kałuży czarnej od popiołu wody. Spojrzałem na zegarek: była 11:54. Wzniosłem oczy ku niebu. Było większe niż zwykle i jakiś dziwnie niebieskie. Zupełnie jak w prosektorium.